piątek, 30 września 2011

Tarta migdałowa z figami w waniliowym kremie

Przymierzałam się do świeżych fig jak pies do jeża. Jakoś nie miałam wcześniej odwagi ich kupić i spróbować a teraz śmieję się sama z siebie i swojej głupoty. Czasami przecież wrzucam do koszyka jakąś nowość właściwie bez zastanowienia a czasami opanowuje mnie beznadziejna blokada bo i chciałabym, i boję się. Przełamałam się przedwczoraj wpadając do marketu prawie biegiem, po bardzo szybkie zakupy późnym wieczorem i gdy natknęłam się na śliczne, świeże figi już się nie wahałam.


Śledzie smażone w ostrej marynacie z warzywami

W podobny sposób można przygotowywać różne inne ryby, filety i całe tuszki. Można zalać je zalewą bez warzyw albo dodać jakiś inny zastaw jarzynowy - bardzo dobrze smakują zarówno z pieczywem jak i z ziemniakami. W lodówce mogą postać min.. 2 tygodnie, ale zaręczam, że nie wytrzymają tyle :-)


składniki:
  • 15 świeżych tuszek śledziowych
  • 1 duża cebula
  • po 1/2 strąka papryki żółtej i czerwonej
  • 1 papryczka chili
  • 1/2 winnego, zielonego jabłka
  • 2 łodygi selera naciowego razem z listkami
  • olej do smażenia
  • kilka łyżek mąki pszennej
  • do smaku: sól, papryka mielona słodka, pieprz mielony

  • ZALEWA - 1/2 szkl. octu spirytusowego 10 %
  • 1,5 szkl. wody
  • 2 czubate łyżki cukru
  • 1/2 łyżki soli
  • 2 liście laurowe
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki ziaren gorczycy
  • kilka ziarenek czarnego pieprzu

sposób przygotowania:
składniki zalewy umieściłam w garnku, gotowałam ok. 15 min. aż przyprawy oddały swój aromat, przecedziłam.

Tuszki śledziowe dokładnie oczyściłam - ja kupuję już wypatroszone i bez głów. Wypłukałam je i dobrze osuszyłam. Na głębokim talerzu zmieszałam kilka łyżek mąki (5-6) z jedną czubatą łyżeczką soli i papryki. Obtaczałam w tej mieszance płaty śledzi, lekko otrzepywałam z nadmiaru i kładłam na bardzo mocno rozgrzaną patelnię z olejem. Smażyłam z obu stron do zrumienienia. Trzeba przewracać delikatnie bo śledzie są kruche. Osączałam je z nadmiaru tłuszczu na ręczniku papierowym.

Kiedy śledzie stygły zajęłam się warzywami. Oczyściłam je i opłukałam. Chili posiekałam, cebulę pokroiłam w w cienkie ćwierć plasterki, papryki w paski a selera na nieduże plasterki. Jabłko, razem ze skórką, w słupki.


Na patelni rozgrzałam 2 łyżki oleju, zeszkliłam cebulę z dodatkiem chili, dodałam paprykę, jabłko i selera, smażyłam razem tylko kilka chwil pilnując żeby nic się nie zrumieniło, oprószyłam mielonym pieprzem. Następnie zalałam zalewą i gotowałam 5 minut - na tym etapie można jeszcze całość doprawić do smaku solą albo cukrem według własnego gustu - odstawiłam do całkowitego wystudzenia.

W pojemniku układałam warstwami obsmażone filety zalewając je marynatą z warzywami. Odstawiłam, pod szczelnym przykryciem, do lodówki na całą noc - można nawet na dłużej żeby się dobrze zamarynowały. Jeśli zalewa nie zakrywa dobrze wszystkich składników dobrze jest co kilka godzin polać nią wierzchnią warstwę.

Nam takie śledziki bardzo smakowały z dodatkiem zwykłej, świeżej bułki.

Muffinki czekoladowe z różową pomadą

Muffinki są proste. Muffinki są pyszne. Kocham muffinki. Szybko, łatwo i bardzo pysznie.


Do jednej miski przesiałam: 2 szkl. mąki luksusowej (szkl. poj. 250ml)+ szczyptę soli + po 1 łyżeczce proszku do pieczenia i sody oczyszczonej + 3 łyżeczki kakao naturalnego. Dodałam też 50 g pokrojonej w kostkę gorzkiej czekolady 70% i 2/3 szkl. cukru trzcinowego Demerara.

W drugiej misce wymieszałam: 2 roztrzepane jajka + 1/2 łyżeczki esencji waniliowej + 1/2 szkl. maślanki + 4 łyżki roztopionego masła.

Blaszkę do muffinek wyłożyłam papilotkami a piekarnik nagrzałam do 180 st. C. Mokre składniki wlałam na raz do suchych i szybko zamieszałam ciasto łyżką - tylko tyle żeby się lekko połączyły. Nałożyłam porcje do foremek i wstawiłam do piekarnika. Piekłam ok. 15 - 20 min. - trzeba uważać bo ciasto jest ciemne i nie widać zrumienienia więc łatwo przypalić! Lekko przestudzone posmarowałam lukrem utartym z cukru pudru i syropu wiśniowego, takiego do rozcieńczania, przybrałam czekoladowymi serduszkami.

czwartek, 29 września 2011

Konfitura z jarzębiny

Będąc na wsi przyglądałam się dojrzałym, czerwonym koralom jarzębin rosnących niedaleko domu. Czytałam przecież, że można z niej robić dodatek do mięsa i wędlin albo jakieś inne przetwory. Nie miałam jednak ze sobą żadnej książki z przepisami a i dostępu do sieci brak więc zaplanowałam sobie, że nazbieram, oczyszczę, zamrożę a potem, po powrocie do domu, coś wymodzę. Tak też zrobiłam. Przepis pochodzi chyba z Poradnika Domowego, numeru sprzed wielu lat - na wyciętej kartce niestety nie ma tytułu czasopisma.

Wypróbujcie też koniecznie przepis na inny przetwór z jarzębiny -  jarzębina do mięs czyli jarzębinowy chutney. 



Kania i muchomor sromotnikowy - gdzie to podobieństwo?!

Kania i muchomor sromotnikowy - gdzie to podobieństwo?!

W wielu książkach i artykułach prasowych można przeczytać, że kanię najłatwiej pomylić z muchomorem sromotnikowym czyli zielonawym. Dużo osób powtarza też takie stwierdzenia chociaż w/g mnie bezmyślnie. Ja znając oba gatunki twierdzę bezczelnie i uparcie, że większej głupoty nie słyszałam na uszy. Ktoś kto faktycznie pomyliłby te dwa gatunki niech wcale nie wchodzi do lasu a z grzybów jada tylko sklepowe pieczarki. Podejrzewam, że ludzie powtarzają takie "informacje" ślepo wierząc w słowo pisane a nigdy w życiu nie widzieli na oczy jednego albo nawet obu wymienionych gatunków. Nie namawiałam nigdy nikogo ani namawiać nie będę do zbierania czegokolwiek jeśli nie jest na 200% pewny, że ma w ręku dobrą, jadalną rzecz, ale polecam poszukanie w swoim otoczeniu jakiegoś miłośnika grzybów i zakupienie choćby kieszonkowego atlasu tychże. W każdym oba w/w gatunki są opisane ze szczególnym zwróceniem uwagi na cechy odmienne. Można taki atlasik zabrać na wycieczkę do lasu i nawet nie zbierając grzybów porównywać poszczególne gatunki przyglądając się blaszkom, pierścieniom czy łuskom na kapeluszach.

Na pierwszym zdjęciu oczywiście czubajka kania a na drugim muchomor zielonawy. Klikając na nazwę grzyba w poprzednim zdaniu przeniesiecie się na stronę gdzie znajdziecie dokładny opis tych gatunków oraz galerię zdjęć owocników w różnych stadiach rozwoju - polecam przeczytać i obejrzeć.


A wracając do kani i muchomora sromotnikowego to różni je właściwie wszystko, nawet biorąc pod uwagę to, że grzyby bywają bardzo zmienne w obrębie jednego gatunku w zależności od warunków w których przyszło im wyrosnąć. Mają inny kolor, wielkość, innej szerokości blaszki . . . Kania ma łuski na kapeluszu - muchomor jest zazwyczaj gładki. Kania jest zwykle w którymś z odcieni beżu, czasami prawie biała a muchomor zwykle mniej lub bardziej oliwkowo zielony. Blaszki pod spodem kapelusza kani są bardzo szerokie - u muchomora raczej wąskie. Oba gatunki mają na trzonie pierścień albo jego resztki - u kani da się tę obrączkę delikatnie przesuwać w górę lub w dół - u muchomora jest on przyrośnięty do trzonu. Trzon muchomora zielonawego jest pełny - u dorosłej kani pusty w środku, rurkowaty.

Zbierając grzyby wielu specjalistów radzi wykręcić delikatnie cały owocnik ze ściółki a nie odcinać sam kapelusz a to dlatego, że zakończenie trzonu czyli to co rośnie w ziemi też może nam dostarczyć cennych informacji. Muchomory rozwijają się najpierw z tak jakby skórzastego jaja ukrytego po ziemią. Okrywa pęka, wyrasta grzyb, ale na dole trzonka zostają mniejsze lub większe resztki tej osłony w postaci luźnych kawałków albo wałeczków dookoła zagłębionego w ziemi trzonu. U kani ta podstawa jest co prawda bulwiasto zgrubiała, ale żadnych fałdek ani kawałków pochwy nie ma.

Na koniec powiem jeszcze jedno: mój Żarłoczek nie zna się na grzybach i nie lubi zbierać, ale kanie odróżnia bez problemu razem z kilkoma innymi najbardziej znanymi gatunkami i ostatnio w Puszczy Białowieskiej miał okazję porównywać ją z muchomorem sromotnikowym śmiejąc się z głupich pismaków.

Dobra, żarty żartami, ale muchomor sromotnikowy jest bardzo niebezpieczny i śmiertelnie trujący. Jeden niezbyt duży owocnik wystarczy by zabić dorosłego człowieka a nawet kawałeczek może sprowadzić nieszczęście jeśli zje je dziecko. Ze względu na kolor można pomylić go z niektórymi gatunkami gołąbków - tutaj kłania się znów zwrócenie uwagi na pierścień i resztki pochwy przy trzonie bo ani jednego ani drugiego u gołąbków nie znajdziemy. Niektórzy mówią, że można tego muchomora pomylić też z gąską zielonką - ta jednak, tak jak gołąbek, ma trzon bez pierścienia i resztek pochwy. Poza tym ma żółte czy żółto zielone blaszki a u muchomora są one białe.

Warto też zwrócić uwagę przeglądając atlas na czas występowania konkretnych gatunków grzybów bo wiosną wyrasta trujący muchomor wiosenny, biały lub prawie biały, ale w tym czasie kani nie znajdziemy.

Innym, równie niebezpiecznym grzybem z rodziny muchomorów jest muchomor jadowity, na szczęście dla wielu dość rzadko występujący gatunek. Jest śnieżno biały, z gładkim kapeluszem i trzonem pokrytym jakby łuseczkami. Można go wziąć za leśną pieczarkę szczególnie gdy młody, ale pieczarki nie mają nigdy białych blaszek - u młodych pieczarek są one różowe a potem ciemnieją - muchomor jadowity ma zawsze blaszki białe

Na zdjęciu poniżej muchomor jadowity.


Powymądrzałam się i niektórzy pewnie się śmieją czytając, ale co tam! Nie jestem znawcą czy specjalistą w dziedzinie mykologi, sama ciągle się uczę i poszerzam wiedzę w tym temacie. Ale myślę, że o leśnych zagrożeniach warto pisać dużo - byle rzetelnie i prawdę. Warto też zawsze pamiętać, że grzyby uczą pokory jak powtarza niezmiennie jeden z moich guru jeśli chodzi o grzyby. Zatruwają siebie i swoje rodziny ludzie, którzy ponoć zbierali grzyby od wielu lat i świetnie się na nich znali tak więc więcej pokory, ale także wiedzy. Ja w swoim ekwipunku leśnym mam podręczny atlas zawsze ze sobą a poza tym jeśli chociaż przez jedną krótką chwilę przemknie mi przez głową jakakolwiek wątpliwość co do grzyba, którego ma wziąć to wcale go nie ruszam. Najważniejsze jest nasze zdrowie i życie a nie pochwalenie się pełnym koszem.

Coraz częściej organizowane są latem i jesienią wystawy grzybów - przy okazji ludowych festynów czy regionalnych imprez. Warto się na taki wybrać bo często można zobaczyć świeże gatunki tych jadalnych i trujących albo przynajmniej duże, profesjonalne fotografie a poza tym takie wystawy organizują leśnictwa, Sanepid i grzyboznawcy a więc ludzie, którzy na grzybach się znają i odpowiedzą na każde pytanie ich dotyczące.

Życzę Wam wszystkim wielu udanych grzybobrań, jeszcze w tym a także następnych latach. Zapożyczając pozdrowienie z jednego z portali dla grzybiarzy powiem krótko - Darz grzyb!

Kartoflanka - marchwianka na warkoczu

Czasami przypomina mi się i chodzi za mną jakiś smak zapamiętany z dzieciństwa. Męczy mnie zwykle kilka dni zanim spróbuję wywołać go, jak jakiegoś ducha, we własnej kuchni.
Zwykle jest to jakaś bardzo prosta, ale smakowita potrawa gotowana kiedyś przez moją Babcię. Ubogi to był dom, ale bardzo gościnny i zawsze było coś smacznego do jedzenia. Zupy gotowano gęste, w dużym garnku, żeby wystarczyło na pożywny jednodaniowy obiad i kolację na 2 dni a poza tym czasami przyszedł ktoś niezapowiedziany a Babcia każdego nakarmiła.

Jedną z takich zapamiętanych zup jest kartoflanka z dużą ilością marchwi albo marchwianka z ziemniakami gotowana wtedy na wieprzowych żeberkach. Ja miałam pod ręką inny kawałek wieprzowiny - warkocz od schabu środkowego - to taki tłuściejszy kawałek wzdłuż jednej strony schabu. Uznałam, że się nada bo do tej zupy musi być właśnie wieprzowina i to nie za chuda - to ona daje zupie specyficzny smaczek i fajnie harmonizuje ze słodką marchewką oraz ziemniakami. To bardzo proste i smaczne danie. Smak z rodzinnego domu.

zupa marchewkowa, kartoflanka z marchewka, wywar wieprzowy, zupa na warkoczu, zupy domowe, smak dziecinstwa, zupa mojej babci, ulubione zupy, zupa dnia, domowe jedzenie


środa, 28 września 2011

Udziki w sosie winno - borowikowym

W jeden z moich urlopowych weekendów odwiedzili mnie znajomi. Zazdroszcząc, że siedzę tu sobie i odpoczywam wyrwali się z miasta chociaż na dwa dni planując wspólną rowerową wycieczkę a także licząc na jakieś grzybowe specjały. Grzybów, jak już pisałam, było niewiele, ale z pustym koszem to ja nigdy nie wracam - nie ma takiej możliwości :D Mając do wykorzystania delikatne udźce z kurczaka postanowiłam dodać choć kilka grzybków do sosu - podlany lekkim winem był niezwykle aromatyczny.


składniki:
  • ok. 1 kg niedużych filetów z udźca kurczaka, bez skóry
  • ok. 300 - 400 g świeżych, małych borowików brunatnych
  • 1 cebula
  • 1 duży ząbek czosnku
  • ok. 250 ml białego wina, u mnie hiszpańskie półwytrawne Fuertigo
  • 4 łyżki sosu sojowego jasnego
  • 1 łyżka sosu sojowego ciemnego
  • 1,5 łyżeczki mielonej słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka pieprzu ziołowego
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżka oleju
  • ew. 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • do smaku: sól

sposób przygotowania: filety opłukałam i dobrze osuszyłam. Skropiłam je jasnym sosem, posypałam papryką i pieprzem, wymieszałam, odstawiłam na 30 min.. Grzyby oczyściłam w resztek ściółki, krótko opłukałam i osączyłam, pokroiłam grubo. Cebulę i czosnek drobno posiekałam. Mocno rozgrzałam patelnię smarując ją olejem. Obsmażyłam partiami filety, zrumienione przekładałam do rondla. Na koniec podsmażyłam też lekko cebulę z czosnkiem , dodałam do mięsa. Wlałam wino i ciemny sos, dusiłam na małym ogniu ok. 30 min.. Na tę samą patelnię dołożyłam masło i obsmażyłam na nim grzyby, ale krótko - właściwie tylko tyle żeby straciły surowość - wlałam trochę wody żeby wszystkie przysmażone drobinki mięsa i grzybów się odkleiły, zagotowałam całość i przełożyłam do prawie gotowego mięsa, dusiłam razem jeszcze ok. 15 min.. Doprawiłam do smaku odrobiną soli. Podałam z kaszą gryczaną i jarzynką z buraczków.

Jeśli ktoś lubi bardziej zawiesisty sos może go zagęścić mąką ziemniaczaną rozrobioną w niewielkiej ilości zimnej wody.

Jarzynka z parowanych buraków, z cebulką i kwitnącym szczypiorkiem

Będąc na wsi staram się korzystać z miejscowych płodów chociaż nie zawsze jest to możliwe. Dużo gospodarstw już ma tylko przydomowe małe zagony wystarczające na bieżące potrzeby właścicieli i ciężko coś kupić. Jednak gdy ma się zaprzyjaźnioną sąsiadkę sprawa jest prostsza. Buraki na moją surówkę pochodzą właśnie z jej ogródka a parowały się razem z ziemniakami dla inwentarza bo w wiejskich warunkach tak najłatwiej. W domu można je ugotować w parowarze albo nawet zwykłym garnku, ale można też je upiec zawijając wcześniej każdego w folię - pieczone czy parowane są dużo smaczniejsze niż takie gotowane w dużej ilości wody - zachowują cały kolor i są jakby słodsze.


składniki:

  • 4 buraki gotowane na parze
  • 1 duża cebula, najlepiej cukrowa
  • garść młodego szczypiorku, razem z kwiatami
  • 1 -2 łyżeczki octu
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • do smaku: sól, cukier, pieprz ziołowy

sposób przygotowania:
Buraki ugotować w łupinkach na parze - nie powiem Wam ile czasu na to potrzeba bo to zależy od wielkości warzyw. Ostudzone buraki obrałam je i starłam na tarce jarzynowej o średnich oczkach. Cebulę obrałam i drobno posiekałam, dodałam do buraczków. Dolałam olej, troszkę octu - może być winny albo spirytusowy, ale tego drugiego zdecydowanie mniej bo jest mocniejszy. Doprawiłam do smaku solą, cukrem i pieprzem. Szczypiorek posiekałam, kwiaty oberwałam z koszyczków, część dodałam do jarzynki a resztą posypałam ją przed podaniem. Dobrze żeby doprawione buraczki postały ok. 30 min. - smaki się przenikną i jarzynka będzie smaczniejsza.

Chrupiąca sałatka z wędzonym kurczakiem

Żarłoczek lubi wędzonego kurczaka więc czasami kupuję połówkę albo kilka pałek. Wczoraj dwie mu podkradłam i zrobiłam sałatkę :D Nawet nie zauważył bo skąd miał wiedzieć ile ten kurczak miał nóg? Szczególnie, że w wiadomościach pokazywano kaczkę dziwaczkę z czterema łapkami :D


składniki:
  • kilka liści sałaty zwykłej
  • 2 wędzone pałki kurczaka,
  • pestki z połowy owocu granatu
  • 6 mandarynek
  • kilka gałązek koperku
  • sok z połowy dużej pomarańczy
  • 3 - 4 łyżki jogurtu naturalnego
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki mielonej


sposób przygotowania: Sałatę i koperek opłukałam, dokładnie osączyłam. Mięso obrałam od kości pałek, porwałam na mniejsze kawałki. Mandarynki umyłam, obrałam, pokroiłam w plasterki. Sok z pomarańczy wymieszałam z jogurtem i papryką. Na talerzach ułożyłam porwane na kawałki liście sałaty, na to plasterki mandarynek i kawałki mięsa. Całość skropiłam przygotowanym sosem i posypałam listkami koperku oraz pestkami granatu. Gotowe! Proste, prawda? I zaręczam, że lekkie i bardzo smaczne :-)

wtorek, 27 września 2011

Biały krem z łuszczakami

Słaby rok grzybowy, w lesie pustki, ale znając więcej gatunków niż przeciętny grzybiarz mam właściwie pewność, że nie wyjdę z lasu z pustym koszem. Zawsze znajdzie się coś może mniej szlachetnego niż prawdziwek, ale wcale nie mniej smacznego.

Nieczęsto znajduję łuszczaki zmienne a to bardzo smaczne grzyby i mało kto je zna. Rosną sobie na starych pniach, podobnie jak opieńki, i można czasami nazbierać solidną porcję w jednym miejscu. Ja tym razem takiego szczęścia nie miałam, ale dwa małe stanowiska pozwoliły na ok. 1/2 litra brązowych kapelusików. Już w lesie wiedziałam, że będzie pyszna zupa z ich dodatkiem.



Kanie smażone, zapiekane z serem camembert

Pokusiłam się o kilka słów porównania kani z muchomorem sromotnikowym (KLIKNIJ) czyli zielonawym. Nie jest to dogłębna analiza tematu, ale może zachęci kogoś do przyjrzenia się obu grzybom i zmiany zdania w kwestii rzekomej łatwej pomyłki obu gatunków. Nie chcę bagatelizować zagrożenia jakim jest zatrucie muchomorem, ale zamiast powtarzać bzdurne, wyświechtane stwierdzenia może warto poczytać, obejrzeć zdjęcia i wiedzieć czego w lesie unikać a czego nie bać się bez potrzeby. Dodałam w w/w poście linki do dokładnego opisu i galerii zdjęć obu grzybów stworzonych przez osoby znające się na grzybach lepiej ode mnie.

Tymczasem ja muchomorów zielonawych nawet nie dotykam, chyba że mam pod ręką kogoś komu można je dokładnie pokazać i opowiedzieć dlaczego są takie groźne. A z kaniami sprawa ma się zupełnie inaczej - szukam, zbieram, przetwarzam i zjadam z ogromną przyjemnością :-)
Smakują mi w każdej postaci, np. smażone z dodatkiem sera, pycha ! ! !


składniki:
  • 4 kapelusze czubajki kani, niezbyt wielkie
  • 1 krążek sera camembert naturalnego
  • 2 jajka
  • kilka łyżeczek mleka
  • kilka łyżek mąki pszennej
  • ok. 1 szkl. bułki tartej
  • do smaku: sól, papryka mielona słodka i ostra
  • do smażenia: olej

sposób przygotowania: Kapelusze kań oczyściłam w wierzchu miękkim pędzelkiem - od strony blaszek są czyste, trzeba tylko sprawdzić czy nie schowały się tam jakieś żyjątka. Oczywiście jeśli ktoś chce może je opłukać, ale trzeba wtedy dobrze osączyć. Oprószyłam je z obu stron solą i słodką papryką. Panierowałam kolejno w mące, jajku roztrzepanym z mlekiem i bułce tartej. Usmażyłam na mocno rumiany kolor w obu stron a następnie przełożyłam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Na każdym kapeluszu ułożyłam plasterki sera camembert i lekko oprószyłam ostrą papryką. Zapiekałam 3 - 4 min. w gorącym piekarniku aż ser zaczął się topić.

poniedziałek, 26 września 2011

"Czternasty" w czternastą rocznicę i wiejskie ciacho

Tak się złożyło, że w trakcie trwania mojego urlopu spędzanego jak zwykle na wsi wypadała nasza rocznica ślubu - mojego z Żarłoczkiem. Licząc na to, że nie będę w tym dniu sama bo Mój Kochaniutki przyjedzie i przywiezie jeszcze ze sobą wspólnych przyjaciół musiałam pomyśleć o czymś słodkim. Warunki mam tam jednak jakie mam - stary prodiż, jeszcze starszą tortownicę, bardzo ograniczoną ilość składników i jeszcze mniej czasu czy ochoty na ślęczenie w kuchni.
Rano, dzień wcześniej, poszłam do sąsiadki po kilo jajek (do ciasta i na śniadanie) i urwałam prosto z drzewa trochę małych, ale winno czerwonych, słodkich jabłuszek. Wymyśliłam lekki torcik owocowy - dość szybki i łatwy w przygotowaniu.



Wiejski torcik na orkiszowym biszkopcie, z jabłkami i różową śmietanką

składniki:
  • CIASTO - 6 niedużych wiejskich jajeczek od sąsiadki
  • 2 szczypty soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 200 ml mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 ml cukru
  • 1 op. cukru wanilinowego 16 g
  • drobno starta skórka z połowy sparzonej cytryny
  • 1 łyżeczka masła
  • 1 łyżka bułki tartej

  • MASA - ok. 1,5 l musu jabłkowego
  • sok z dużej cytryny
  • cukier do smaku
  • 1 ok. galaretki w proszku, u mnie brzoskwiniowa
  • 2 łyżeczki żelatyny w proszku

  • WYKOŃCZENIE - 500 ml słodkiej tłustej śmietany
  • 1 galaretka w proszku, u mnie rubinowa bo taką miałam
  • ok. 40 g gorzkiej czekolady
  • 100 ml nalewki cytrynowej

sposób przygotowania: MASA - jak już pisałam jabłuszka były słodkie, mocno czerwone - niektóre miały nawet różowy miąższ pod karminową skórką. Trudno mi powiedzieć ile ich było wagowo dlatego podaję w składnikach orientacyjną ilość już po zmiksowaniu. A jabłuszka cienko obrałam, usunęłam gniazda nasienne i miąższ pokroiłam na nieduże kawałki. Włożyłam do garnka, dolałam sok z cytryny i kilka łyżek wody, dusiłam na malutkim ogniu pod przykryciem aż jabłka zaczęły się rozpadać. Wtedy je zmiksowałam, ponownie zagotowałam i po zdjęciu z ognia dosypałam galaretkę oraz żelatynę. Mieszałam energicznie kilka minut żeby dobrze się rozpuściły. Dosypałam też troszkę cukru, ale masa nie powinna być zbyt słodka więc najpierw trzeba spróbować. Mus zostawiłam do ostygnięcia.

CIASTO - jajka ubiłam z cukrem zw. i wanilinowym na bardzo puszystą pianę. Była prawie biała. Dosypałam mąkę zmieszaną z solą i proszkiem do pieczenia, dodałam skórkę cytrynową, wymieszałam delikatnie, ale starannie łyżką i przelałam do prodiża wysmarowanego na dnie masłem i posypanego bułką tartą. Włączyłam i piekłam ok. 35 min.. Po sprawdzeniu patyczkiem żeby mieć pewność, że ciasto jest upieczone wyjęłam je na blat odwracając spodem do góry, zostawiłam żeby wystygło - jeśli macie czas to dobrze by było żeby ciasto poleżało przynajmniej przez noc to będzie się lepiej kroić.

Ciasto przekroiłam nożem na 3 blaty - wyszło prawie równo a nie było to łatwe bez dobrego noża. Jeden blat ułożyłam na talerzu ograniczając go obręczą tortownicy takiej samej średnicy co prodiż. Wszystkie 3 blaty skropiłam lekko cytrynówką.
Na pierwszy wyłożyłam połowę musu jabłkowego, który już lekko tężał, przykryłam drugim blatem, na to reszta musu i trzeci blat. Docisnęłam równo i odstawiłam do lodówki do schłodzenia.


WYKOŃCZENIE - galaretkę rozpuściłam w 200 ml gorącej wody, odstawiłam do wystudzenia. Zimną śmietankę ubiłam na sztywno. Nie przerywając ubijania cienkim strumieniem wlewałam lekko tężejącą galaretkę i jeszcze przez chwilę razem miksowałam. Czekoladę starłam na tarce. Naszykowałam też foliowy woreczek mający zastąpić mi worek cukierniczy albo szprycę, ale wiedziałam, że moje ozdoby nie będą arcydziełem bo zwyczajnie nie mam do tego ani talentu ani cierpliwości.

Z mocno schłodzonego torcika zdjęłam obręczo tortownicy okrawając wcześniej krawędź szerokim nożem. Wierzch i boki posmarowałam grubą warstwą śmietany - trzeba to robić dość szybko bo masa z galaretką szybko tężeje. Trochę masy przełożyłam do woreczka, ucięłam jeden rożek torebki i wyciskając ozdobiłam wierzch serduszkami oraz kleksikami - wyszło może nie najładniej, ale myślami była już w lesie :-)

Boki posypałam startą czekoladą i odstawiłam torcik do lodówki. Może nie jest ani piękny ani wyszukany, ale znikał w takim tempie, że do zdjęcia musiałam uciekać przed łakomczuchami aż za dom, z jednym kawałkiem na talerzyku.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nasza rocznica wypadła w tym roku w piękny, słoneczny dzień - taką pogodę mieliśmy też podczas ślubu :-) A teraz będąc na Podlasiu wybraliśmy się razem z Żarłoczkiem, świadkową i jej ślubnym na wycieczkę rowerową w puszczę. Trasa wiodła do miejscowości Topiło. Odpoczynek wypadł pod sklepem w pobliżu stacji kolejki wąskotorowej.


Można było coś zjeść, napić się wody albo soku i pogłaskać miejscową przytulankę - pięknego i bardzo zadbanego psa wylegującego się na słońcu.


A po drodze zatrzymaliśmy się przy mogile w osadzie "Czternasty" o nazwie tak wdzięcznie wpisującej się w nasz kalendarz. Mogiła w lesie przypomina, że już po wojnie NKWD zamordowało tutaj naszych żołnierzy. Chwila zamyślenia i znicz, tak możemy oddać im cześć.


Paprykarz

Ja mówię paprykarz, ale jak kto woli może powiedzieć leczo - to chyba moje ulubione danie na grzybowym urlopie bo mogę go sobie ugotować nawet cały garnek a odgrzewane jest chyba lepsze niż zaraz po przygotowaniu. Można wrzucić różne warzywa, proporcje nie mają znaczenia - czasami papryki jest więcej, czasami zamiast kiełbasy podsmażam boczek, zioła dosypuję takie jakie mam pod ręką. Poza tym nikt mi się nie krzywi na paprykę a w domu Chłopaki ciągle na nią marudzą.


składniki:
  • 1 papryka czerwona
  • 1 papryka żółta
  • 2 papryki białe
  • kawałek kiełbasy - u mnie zwykła zwyczajna, ok. 15 cm
  • 1/2 papryczki ostrej, miałam taką okrągłą jak mały pomidor
  • 2 duże cebule
  • 2 marchewki
  • 5 dużych, mocno dojrzałych pomidorów
  • 3 duże ząbki czosnku
  • 2 gałązki lubczyku
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • do smaku: sól, cukier, pieprz ziołowy, oregano, majeranek, papryka słodka mielona
  • po solidnej garści szczypiorku i koperku świeżego

sposób przygotowania: papryki oczyściłam z gniazd nasiennych, słodkie pokroiłam w kostkę a ostrą drobno posiekałam. Marchew starłam na tarce jarzynowej, cebulę pokroiłam w kosteczkę, czosnek posiekałam. Kiełbasę pokroiłam w kostkę. Pomidory sparzyłam, obrałam ze skórki i drobno posiekałam.

W rondlu rozgrzałam olej, wrzuciłam kiełbasę a kiedy się dobrze przysmażyła dodałam cebulę, marchew, papryczkę ostrą i czosnek, smażyłam mieszając kilka minut aż warzywa zaczęły się rumienić. Wlałam pomidory i dodałam posiekany drobno lubczyk, dusiłam ok. 15 min. dodając jeszcze troszkę suszonego oregano o roztartego z dłoniach majeranku. Dorzuciłam słodkie papryki i dusiłam już tylko kilka minut żeby papryka się nie rozgotowała. Doprawiłam do smaku solą, cukrem, pieprzem i słodką papryką. Dosypałam też posiekanej zieleniny. Do tego świeża bułeczka, pycha!


A po bułki czy inne zakupy jeżdżę 2 km na rowerze do GS-u gdzie zawsze pogadam sobie z przemiłą panią Aliną czyli Sklepową. Tu ludzie inni niż w mieście - serdeczniejsi, jacyś tacy milsi i przyjaźnie zastawieni a w mieście to sami wiecie . . . jedne na drugiego wilkiem patrzy i gna dalej do swoich spraw . . . Tutaj wyprawa do sklepu to okazja do pogaduszek przy płocie ze znajomą a czasami w kilkoma po kolei a także posłuchanie ploteczek i nowinek w sklepie - tam właśnie można się dowiedzieć, że lada dzień będą lać asfalt na drodze do najbliższej wsi . . .


niedziela, 25 września 2011

Sos borowikowy na szybko

Nie wytrzymałam i z samego rana po przyjeździe na wieś, na urlop, pobiegłam do lasu. Wiedziałam, że szału nie będzie bo miałam przecieki, że sucho i w ogóle rok nie grzybowy, ale jeszcze nigdy w życiu nie wróciłam z pustym koszykiem więc gnałam jak na skrzydłach. Już na brzegu lasu gałązki pod nogami mocno trzaskały - susza i nawet nie było widać "psiarów" jak nazywam grzyby niejadalne albo te, które za takie uważam bo ich nie znam. Jednak mam kilka "swoich" niezawodnych miejsc i tam też poszłam. Kilkanaście podgrzybków, kilka garstek kurek i może ok. szklanki łuszczaków - to wszystko co udało mi się znaleźć przez ponad 3 godziny, ale co tam, wtedy miałam jeszcze nadzieję, że się rozkręcę i grzyby też . . .

A po powrocie do chałupy z młodszych podgrzybków powstał szybki sos do obiadu.



składniki:

  • 1 duża cebula
  • kilka/kilkanaście jędrnych borowików brunatnych
  • kawałek ostrej papryczki
  • 1 czubata łyżka masła
  • solidny chlust słodkiej śmietanki
  • do smaku: sól, pieprz czarny mielony, tymianek, papryka słodka
sposób przygotowania: cebulę i chili oczyściłam, posiekałam. Grzybów nawet nie płukałam tylko omiotłam dokładnie pędzelkiem i pokroiłam w plasterki - nie za cienkie żeby było widać ładne kawałki. Na patelni rozpuściłam masło, zeszkliłam cebulę z dodatkiem chili. Dodałam grzyby, troszkę suszonego tymianku i dusiłam we własnym sosie ok. 10 - 15 min.. Dolałam śmietankę i doprawiłam do smaku solą, pieprzem i papryką. Kiedy śmietanką się zagotuje sos jest gotowy. Podałam do kotletów schabowym i ziemniaków a Żarłoczek był cały szczęśliwy bo taki sos bardzo lubi. Całość posypałam szczypiorkiem.


Pogoda była piękna i słoneczna więc obiad mogliśmy zjeść na drewnianym stole, na werandzie z zawieszonymi pelargoniami. Cisza, spokój, dobre jedzenie i perspektywa pięknego urlopu nastrajała mnie bardzo optymistycznie :D

Wielkiego grzybobrania nie było . . .

Wczoraj wróciłam z mojego jesiennego urlopu spędzanego od kilku lat na gościnnym pięknym Podlasiu :-)

Takiego roku grzybowego a właściwie bezgrzybnego nie pamiętają moje podlaskie "grzybowe koleżanki" od bardzo dawna. Sąsiadki zbierają grzyby zwykle całe lato i jesień przed wszystkim na sprzedaż reperując tymi dochodami skromne rodzinne budżety. Cieszą się gdy kurka wysypie się już w pierwszej połowie czerwca a nie dopiero w lipcu bo to zawsze przynajmniej kilkanaście dni więcej na zbieranie i zarabianie. W tym roku czerwcowa radość była przedwczesna bo owszem, kurka pokazała się wcześnie, ale nie było jej tak dużo jak w latach poprzednich. Zbierano ją jednak cały lipiec, sierpień, ale na tym właściwie koniec bo wrzesień zaczął się bardzo sucho i co nie wyrosło wcześniej to uschło w zalążku.


W rejonie, w który jeżdżę, nie było też letniego pojawu borowika a wrześniowe podgrzybki zwykle rosnące w licznych rodzinach trafiają się gdzieniegdzie tylko i to pojedynczo. Na zdjęciu wyżej mój jedyny znaleziony w tym roku prawdziwek . . .

Nie ma w lesie także tzw. psiarów czyli muchomorów i innych niejadalnych grzybków tak więc nawet nie miałam co fotografować. Wszystkie kumy zgodnie przyznają, że nie mając zapasów z ubiegłego roku nie miałyby nawet suszu dla siebie nie mówiąc już o sprzedaży. Rok temu jeździły codziennie 2 samochody z konkurencyjnych skupów a w tym pojawia się jeden i to co 2-3 dni. Bida, Panie, bida!
Braku grzybów doświadczyłam i ja. Zawsze zabieram ze sobą na wieś 2 duże wiklinowe kosze i moje urlopowe dni przez kilka lat wyglądały tak, że rano szłam z jednym, po zapełnieniu wracałam, brałam drugi i czyściłam wszystko dopiero po powrocie z czubatym drugim koszem, zwykle ok. południa. Zanim wszystko oczyściłam i posegregowałam była 16-sta a zanim popakowałam w słoiki i na suszarnię to i 20-sta. Potem padałam na pysk zmęczona, odmóżdżona i zadowolona a śniły mi się oczywiście całe kosze najpiękniejszych grzybów. Dziennie marynowałam min. kilkanaście słoików a w tym roku wszystkiego po dwóch tygodniach nie ma 20-stu !!! Ogłaszam zatem wszem i wobec, że grzybowych prezentów proszę się ode mnie w tym roku nie spodziewać. Zawsze narobię tyle, że obdzielam wszystkich znajomych i rodzinę a w tym roku ma tylko skromny zapasik na własne potrzeby.


Dopisała za to pogoda jeśli nie liczyć tak potrzebnego o tej porze deszczu bo przez 2 tygodnie nie spadła ani jedna kropelka. Słonko przygrzewało prawie codziennie tak mocno, że ogrzewało mi dom przez szyby i nie potrzebowałam wieczorami rozpalać w piecu. Miałam czas na to żeby pojeździć po okolicy na rowerze a leśnymi duktami jeździ się doskonale. Mogłam też czytać do woli na co w domu zawsze brak czasu - dobrze, że przewidując grzybową posuchę wzięłam zapas lektury. I jak to na Podlasiu - wyciszyłam się, wypoczęłam, pożyłam przez krótką chwilę w innym tempie niż w mieście, wśród miłych, serdecznych ludzi, którzy pozdrawiają się nawet nie znając.

sobota, 24 września 2011

Sałata z jajkami, kiełkami i pomidorem

Jajka sprawiają, że sałata staje się pożywna i nie jest tylko trawą, której nie lubi Żarłoczek. Jajka sprawiły, że nawet chętnie ją zjadł :-)


Sałatę opłukałam, osuszyłam, porwałam liście na mniejsze kawałki - zużyłam kilka liści. Posypałam ją 2 garstkami kiełków brokuła bo takie właśnie miałam, ale świetne będą też kiełki rzodkiewki albo inne, które lubicie. Na kiełkach ułożyłam 3 ugotowane na twardo, obrane i pokrojone na ćwiartki jajka. 2 łyżeczki majonezu wymieszałam z 3-ma łyżeczkami jogurtu naturalnego, dodałam czubatą łyżkę posiekanego koperku, 1 łyżeczkę mieszanki fit-up do jogurtów i polałam sałatkę. Oprószyłam całość pieprzem mielonym kolorowym i przyprawą "pomidory suszone z czosnkiem i bazylią". Posypałam też kawałeczkami posiekanego miąższu pomidora bo akurat kawałek się marnował....
Taka sałatka wystarczyła na lekki posiłek dla dwojga, zjedliśmy ją z żytnim chlebem.

Dwukolorowy wieniec z gruszkami, czekoladą i orzechami

Ten przepis mam i wykorzystuję od wielu lat. Przepisałam go dawno temu chyba z torebeczki cukru wanilinowego albo proszku do pieczenia. Zwróćcie uwagę na opakowania kupując te produkty bo można tam znaleźć bardzo fajne i proste przepisy.


składniki:

  • 20 dkg miękkiego masła lub margaryny
  • 1 szkl. cukru i 3 łyżki
  • 1 op. cukru wanilinowego 16 g
  • 3 jajka
  • 2 , 5 szkl. mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 szczypta soli
  • 3 łyżki kakao naturalnego, niesłodzonego
  • 1 łyżeczka aromatu do ciast - rumowego
  • 0 , 5 szkl. mleka i 3 łyżki

  • 3 - 4 twarde gruszki
  • 0,5 szkl. wody
  • 0,5 szkl. cukru
  • sok z jednej cytryny - na syrop do gruszek

  • do formy - 1 łyżka masła
  • 2 łyżki tartej bułki


sposób przygotowania:
Formę w kształcie pierścienia (tortownicę z kominem) wysmarowałam masłem i wysypałam tartą bułką. W rondelku ugotowałam syrop z wody, cukru i soku cytrynowego. Gruszki obrałam, pokroiłam na ćwiartki i wycięłam gniazda nasienne. Obgotowałam je ok. 3 min. w syropie, osączyłam - można też pójść na skróty i użyć po prostu gruszek z kompotu albo syropu. Nie polecam dodawania surowych bo tracą objętość i w cieście robią się dziury.



Mięciutkie masło utarłam mikserem z cukrem zw., szczyptą soli i cukrem wanilinowym, dodawałam po jednym jajku, cały czas ucierając. Masa może chwilami wyglądać jakby się zważyła, ale nie należy się tym przejmować. Dosypywałam stopniowo przesianą mąkę i dolewałam 0,5 szkl. mleka oraz aromat. Ciasto ma mieć konsystencję gęstego musu. 2/3 ciasta wyłożyłam na dno formy. Na nim ułożyłam kawałki owoców. Do reszty ciasta dosypałam kakao, 3 łyżki cukru i wlałam 3 łyżki mleka, wymieszałam dokładnie i wyłożyłam na gruszki, lekko rozsmarowując łyżką. Piekłam ok. 50 - 60 min. w temp. 170 st. C. Z formy wyjęłam po przestudzeniu.

Wierzch można polać polewą czekoladową z rozpuszczonej w kąpieli wodnej czekolady i posypać kruszonymi orzechami albo oprószyć cukrem pudrem.

Naleśniki z jabłkiem, pomarańczą i sosem karmelowym

Jak dogodzić chłopakom z samego rana? Najprościej zrobić naleśniki - będą bardzo zadowoleni :-)


składniki:
  • 1 jajko
  • 1 - 1,5 szkl. mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 szkl. wody
  • 1/2 szkl. mleka
  • 1 łyżka oleju

  • 3 - 4 duże jabłka
  • 2 pomarańcze
  • 5 - 6 łyżek cukru
  • 3 łyżki masła
  • 4 - 5 łyżek śmietany lub jogurtu naturalnego


sposób przygotowania:
Pomarańcze wyszorowałam, sparzyłam dwukrotnie wrzątkiem, osuszyłam. Z jednaj starłam wierzchnią warstwą skórki i wycisnęłam sok, drugą pokroiłam na plasterki. Jabłka umyłam, obrałam, wycięłam gniazda nasienne a miąższ starłam na tarce o dużych oczkach. Przełożyłam jabłka do rondelka, dodałam skórkę, sok pomarańczowy i 2 łyżki cukru, smażyłam 10 min.. aż zmiękły i odparowałm nadmiar płynu.

Mąkę przesiałam. Jajko roztrzepałam z mlekiem, dosypałam mąkę, sól, olej i zmiksowałam. Dolałam tyle wody aby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany. Smażyłam naleśniki - mnie wyszło 8 dużych.

Na małej patelni zrobiłam sos: wsypałam 3 łyżki cukru, dodałam 2 łyżki wody i gotowałam aż syrop nabrał lekko złotego koloru, wtedy zdjęłam z ognia, dodałam masło, 2 łyżki, i wymieszałam dokładnie.

Na każdy naleśnik nałożyłam porcję jabłek, złożyłam w trójkąt. Gotowe naleśniki podsmażyłam odrobinę (tylko aby się lekko zezłociły) na patelni z resztą masła. Gorące naleśniki przełożyłam na talerze, polałam jogurtem i sosem karmelowym. Podałam przybrane plasterkami pomarańczy i listami mięty.

piątek, 23 września 2011

Spaghetti z kurkami

Kurki, kurki, już chyba jedne z ostatnich w tym roku. Ale nie mogę narzekać bo nacieszyłam się nimi i jakoś wytrzymam do czerwca . . . Szczególnie, że w zamrażarce czeka kilka porcji na niedzielną jajeczniczkę :D


składniki:

  • 200 g makaronu spaghetti
  • 500 g świeżych, drobnych kurek
  • 1/2 strączka papryczki chili
  • 1 cebula
  • 1 - 2 łyżki oleju albo oliwy
  • 150 ml słodkiej śmietanki, użyłam 18%
  • 2 - 3 łyżki posiekanego szczypiorku
  • kilka łyżek startego białego oscypka albo żółtego sera
  • do smaku: sól, pieprz mielony

sposób przygotowania: Nastawiłam wodę na makaron i naszykowałam dużą patelnię. Kurki oczyściłam i opłukałam tylko trochę pod bieżącą wodą. Ponieważ były drobne nie musiałam ich kroić. Posiekałam natomiast obraną cebulkę i świeże chili bez pestek. Makaron wrzuciłam do gorącej, osolonej wody. Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam chili, cebulkę a po chwili kurki. smażyłam 3 - 5 min. a następnie wlałam śmietankę i gotowałam razem chwilę aż sos nieco zgęstniał. Doprawiłam go solą i pieprzem. Kiedy makaron ugotował się al'dente odcedziłam go i przełożyłam szybko do gorącego sosu, wymieszałam i już można było nakładać. Na talerzach posypałam danie startym oscypkiem (bo akurat miałam, ale może być parmezan albo żółty ser) i szczypiorkiem.
Pyszne i szybkie do przygotowania danie.

Krem z gruszkami

Mięciutkie, słodkie gruszki zatopione w pysznym kremie to rozkosz dla podniebienia. 

Niebo w gębie - westchnął Żarłoczek uśmiechając się błogo i kończąc wyjadać deser z pucharka. 
Oj, słodki ten mój facet :-) ale chyba nie tylko mój bo gdy rozmawiam z różnymi koleżankami to zgodnie potwierdzają, że chłopaki już tak mają - większość z nich lubi słodycze. Moi mogą nie zjeść obiadu, ale deseru nie odpuszczą.


składniki:

  • 6 - 8 niezbyt dużych gruszek - użyłam twardych, mało dojrzałych Konferencji
  • sok z 1 dużej cytryny
  • 5 czubatych łyżek cukru kryształu
  • 2 łyżeczki żelatyny spożywczej
  • KREM:
  • 1 torebka budyniu czekoladowego
  • 1,5 szkl. mleka
  • 2 łyżki kakao naturalnego
  • 200 g serka homogenizowanego najlepiej czekoladowego, ale może też być waniliowy lub naturalny
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 4 łyżki rumu
  • 3 łyżeczki żelatyny spożywczej
  • 1 op. cukru wanilinowego 16 g
  • kilka łyżek cukru

sposób przygotowania:
Gruszki umyłam, cieniutko obrałam, poprzekrawałam na pół i łyżeczką usunęłam gniazda nasienne. Tak przygotowane ułożyłam w szerokim płaskim rondlu, skropiłam sokiem z cytryny, posypałam cukrem, wlałam ok. 1 szkl. wody i na malutkim ogniu doprowadziłam do wrzenia, dusiłam pod przykryciem kilka minut aż gruszki zrobiły się lekko szkliste. W trakcie duszenia trzeba je przewrócić aby były równomiernie ugotowane, ale trzeba to zrobić bardzo delikatnie, najlepiej drewnianą łyżką bez ostrych brzegów, żeby ich nie pokaleczyć. Ugotowane gruszki wyjęłam delikatnie i ułożyłam w pucharkach. Płyn/syrop uzupełniłam wodą do objętości ok. 1,5 szkl., zagotowałam i po zdjęciu z ognia rozpuściłam w nim żelatynę, przelałam do miseczki i odstawiłam do całkowitego stężenia.

KREM: połowę mleka zagotowałam z cukrem wanilinowym i zwykłym (ilość w/g przepisu na opakowaniu budyniu), w drugiej połowie mleka rozprowadziłam proszek budyniowy i kakao - wlewałam to na wrzące mleko, mieszałam dokładnie, gotowałam 2 - 3 min., odstawiłam do całkowitego wystygnięcia pod przykryciem aby nie utworzył się kożuch. Żelatynę rozpuściłam w 1/3 szkl. wrzątku. Śmietanę ubiłam na sztywno. Zimny budyń zmiksowałam dokładnie z serkiem homogenizowanym, wlałam rum, dodałam rozpuszczoną, wystudzoną żelatynę i dokładnie wymieszałam. Na koniec dodałam ubitą śmietanę i ponownie delikatnie wymieszałam. W/g mnie krem jest dość słodki - słodzimy budyń i dodałam słodki serek, ale jeśli ktoś chce, można jeszcze nieco dosłodzić.

Gotowy krem od razu nałożyłam na wystudzone gruszki i odstawiłam pucharki do lodówki aby deser stężał. Galaretkę z syropu spod gruszek posiekałam nożem na małe kawałeczki i przed podaniem deseru udekorowałam nim każdą porcję. Przybrałam listkami mięty.

Z podanej ilość składników otrzymamy 6 - 8 porcji deseru.

Sałatka na żółto

Sałatka na śniadanie? A czemu nie? Przecież wolnoć Tomku w swoim domku i róbta co chceta :-)


składniki:

  • 1 duża żółta papryka
  • 200 g kukurydzy konserwowej
  • 1 jajko
  • 1/3 cebuli
  • 2 łyżki majonezu
  • 1 marchewka
  • 3 plasterki żółtego sera, dałam Radamer, nieco słodkawy
  • 1/2 pęczka cienkiego szczypiorku
  • do smaku: sól, pieprz mielony

sposób przygotowania:
Marchewkę oskrobałam, ugotowałam na półtwardo w osolonym i posłodzonym wrzątku, zestrugałam cienkie wstążki wzdłuż korzenia obieraczką do warzyw. Jajko ugotowałam, ostudziłam, obrałam ze skorupki, posiekałam. Kukurydzę osączyłam z zalewy. Paprykę umyłam, usunęłam gniazdo nasienne, miąższ pokroiłam w drobną kostkę. Paprykę, jajko, kukurydzę wymieszałam, dodałam posiekaną drobno cebulkę, majonez, doprawiłam solą i pieprzem. Porcje sałatki wyłożyłam na talerze, dookoła ułożyłam pierścionki zwinięte z plasterków marchewki, przybrałam kawałkami żółtego sera i posypałam szczypiorkiem. Prosto i pysznie.

czwartek, 22 września 2011

Zupa z papryki

To taka letnio - jesienna zupa. Kolorowa, w barwach września, rozgrzewająca i pyszna. I każdy może ją sobie zrobić a potem podać pełny, pachnący talerz na smaczny obiad.


składniki:

  • 6 niedużych ziemniaków
  • 1 litr bulionu warzywnego lub warzywno-mięsnego (jeśli zupa będzie zbyt gęsta można dodać nieco wody)
  • po 1/2 strąka papryki żółtej, czerwonej, zielonej (można dać jeden rodzaj, ale zupa będzie mniej kolorowa)
  • 1 duży pomidor
  • 1 czubata łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 cebulka
  • 1 łyżeczka listków świeżego oregano lub 1/2 łyżeczki suszonego
  • 1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
  • 1 - 2 łyżki oliwy,
  • 1 łyżeczka mąki
  • po 1 łyżce śmietany na porcję

sposób przygotowania:
Ziemniaki obrałam, pokroiłam w drobną kosteczkę. Cebulę i czosnek obrałam i posiekałam. Papryki umyłam, oczyściłam z gniazd nasiennych, pokroiłam w kostkę. Pomidora sparzyłam, obrałam ze skórki, usunęłam pestki a miąższ posiekałam. W garnku rozgrzałam oliwę, zeszkliłam na niej cebulę, dodałam czosnek i ziemniaki, podsmażyłam. Następnie wsypałam mieloną papryką oraz mąką i smażyłam przez chwilę mieszając, po czym zalałam bulionem i gotowałam na małym ogniu aż ziemniaki były miękkie. Wtedy dodałam pokrojoną paprykę, posiekanego pomidora i oregano. Gotowałam jeszcze kilka minut aż papryka zmiękła, doprawiłam koncentratem pomidorowym, solą i pieprzem. Podałam z kleksem śmietany przybraną paseczkami surowej papryki i listkami natki pietruszki.

Sałatka "Zielone straszydło"

Zielonym straszydłem nazwał kiedyś takiego kalafiora Żarłoczek i tak już zostało.
Kalafior romanesco to mało popularna u nas odmiana tego warzywa. Dość zwarty kwiat zbudowany jest z pięknych stożkowych różyczek w kształcie minaretów. Smakuje właściwie jak zwykły kalafior, ale wygląda obłędnie.



składniki:
  • 1 mały zielony kalafior romanesco
  • 1 nieduży kawałek dyni
  • 1 łyżeczka oleju do pieczenia dyni
  • 2 - 3 łyżki ziarna sezamu
  • kilka gałązek natki pietruszki

  • SOS - sok z połowy cytryny,
  • 1,5 łyżeczki sosu śliwkowego
  • 1,5 łyżeczki sosu sojowego jasnego
  • kilka kropli oleju sezamowego
  • 1,5 łyżeczki płynnego miodu
  • 4 łyżki oleju słonecznikowego
  • kawałek strączka czerwonej chili

sposób przygotowania:
W miseczce wymieszałam sos sojowy, olej słonecznikowy, sos śliwkowy, miód, sok z cytryny i olej sezamowy. Dodałam bardzo drobno posiekane chili, odstawiłam aby smaki się połączyły. Sos powinien być wyraziście słodko-kwaśno-ostry.

Dynię, razem ze skórą, posmarowałam olejem i zawinęłam w folię aluminiową - piekłam w piekarniku nagrzanym do 200 st.C ok. 10 - 15 min. - nie powinna być zbyt miękka. Ostudziłam ją, odcięłam skórkę a miąższ pokroiłam w plasterki.

Kalafiora podzieliłam na różyczki i wrzuciłam do wrzącej, posolonej i posłodzonej wody - gotowałam ok. 3 min. żeby nie był surowy, ale pozostał chrupiący. Osączyłam go i przestudziłam.

Na talerzu ułożyłam plasterki dyni, kawałki kalafiora i listki natki pietruszki, całość skropiłam przygotowanym wcześniej sosem i posypałam podprażonym na suchej patelni sezamem. Dobrze żeby sałatka postała ok. 30 - 60 min. żeby warzywa przeszły smakami sosu, ale podajemy ją w temperaturze pokojowej a nie schłodzoną. Taką sałatkę można podać jako dodatek do mięsa albo samodzielną przekąskę.

Kefirowe placuszki błyskawiczne

Znacie takie placki na szybko? Na pewno bo to takie proste, że aż śmieszne. Kilka chwil i już można smażyć.


składniki:
  • 1 szkl. (250 ml) kefiru
  • 1 jajko
  • 7 - 8 kopiastych łyżek mąki pszennej
  • 1 szczypta soli
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/3 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka łyżek oleju do smażenia
  • do posypania: cukier puder
  • do przybrania: konfitura, świeże owoce

sposób przygotowania:
Kefir dokładnie roztrzepałam widelcem dodając jajko. Mąkę przesiałam, dodałam do kefiru, dosypałam sól, cynamon i cukier waniliowy, wymieszałam bardzo dokładnie aby nie było grudek i na koniec dodałam proszek do pieczenia, ponownie zamieszałam. Ciasto powinno mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany. Na patelni rozgrzałam nieco oleju, nakładałam porcje ciasta (czubata łyżka) i smażyłam na złoto-brązowo z obu stron. Gorące przybrałam konfiturą oraz świeżymi owocami, można oprószyć cukrem pudrem.

Robię takie placuszki bardzo często bo moje Żarłoczki lubią takie śniadania. Z podanej ilości składników wychodzi 15 placuszków.

środa, 21 września 2011

Placki ziemniaczane nadziewane grzybami

Ale były pyszne, mówię Wam. Koniecznie zróbcie sobie podobne w domu a jeśli nie macie grzybów leśnych to wykorzystajcie pieczarki.


składniki:

  • 6 - 8 dużych ziemniaków
  • 1 jajko
  • 3 - 5 łyżek mąki pszennej
  • 1 duża cebula (albo 2 mniejsze)
  • 30 dkg borowików
  • do smaku: sól, pieprz mielony, tymianek świezy albo suszony
  • do smażenia: olej
  • 1 łyżka masła do grzybów

sposób przygotowania:
Grzyby dokładnie oczyściłam, opłukałam i dobrze osuszyłam. Cebulę obrałam, pół posiekałam drobno a pół starłam na tarce o drobnych oczkach. Rozpuściłam na patelni masło z 1 łyżeczką oleju, zeszkliłam posiekaną cebulę, dodałam cienko pokrojone grzyby. Smażyłam kilka minut mieszając aż odparował sok z grzybów. Doprawiłam solą, pieprzem i niewielką ilością tymianku, przestudziłam.

Ziemniaki obrałam, opłukałam, starłam na tarce o drobnych oczkach. Dodałam startą cebulę, jajko i mąkę, doprawiłam solą i pieprzem, wymieszałam dokładnie. Jeśli ziemniaki są wodniste można dodać nieco więcej mąki. Na patelnię z rozgrzanym olejem kładłam porcje ciasta ziemniaczanego (ok. 1 czubatej łyżki) lekko je rozpłaszczając. Na środek placka dołożyłam łyżkę grzybów i przykryłam czubatą łyżką ciasta ziemniaczanego. Smażyłam po kilka minut z obu stron aż ładnie się zrumieniły. Podałam z sosem tzatzyki.

Wątróbka z owocami zapiekana w boczku

Takie roladki można podać na imprezie jako ciepłą przekąskę. Mogą być także obiadowym czy kolacyjnym daniem. Sprawdzają się również pieczone na grillu - takie uniwersalne i bardzo pyszne danko.




Naleśniki kakaowe z serem i ananasem

Te smażyłam ja, ale mój Młody doszedł już do takie wprawy z naleśnikami, że chyba od następnego razu oddam patelnię. Robi po prostu lepsze naleśniki ode mnie i będę musiała jakoś z tym żyć . . .


składniki:
  • NALEŚNIKI - 1,5 szkl. mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 1 szkl. mleka
  • trochę wody zw. lub gazowanej - ile zabierze mąka
  • 2 czubate łyżki kakao naturalnego
  • 1 duże jajko (albo 2 małe)
  • 3 łyżki oleju

  • FARSZ - 500 g sera białego, twarogowego (użyłam półtłustego)
  • trochę cukru do sera
  • kilka krążków ananasa z syropu
  • 3 - 4 łyżki jogurtu naturalnego
  • 1 mała łyżeczka ekstraktu waniliowego

  • do przybrania: 50 g czekolady deserowej i kawałki ananasa
  • masło do odsmażenia gotowych naleśników
sposób przygotowania: Jajko roztrzepałam z solą, olejem i mlekiem, dodałam mąkę, kakao i tyle wody aby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany - trudno dokładnie podać ilość bo każda mąką inaczej ją wchłania. Ciasto dobrze wymieszałam  rózgą żeby nie było żadnych grudek. Usmażyłam cienkie naleśniki - ja do ciasta dodaję olej i smażę na teflonowej patelni więc nie wlewam już na nią tłuszczu.

Twaróg rozgniotłam widelcem, dodałam jogurt, esencję waniliową i cukier do smaku smaku. Dosypałam większość posiekanego ananasa - kilka kawałków zostawiłam do dekoracji. Naleśniki smarowałam grubo farszem i zwijałam. Lekko je podsmażyłam  na rozgrzanej patelni z 2 łyżkami masła, tylko tyle żeby podgrzać. Podałam polane rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladą i przybrane resztą ananasa. 

wtorek, 20 września 2011

Koreczki z jajek przepiórczych

Takie trochę śmieszne koreczki na przegryzkę. Tylko proszę nie mówić, że mi się nudzi w kuchni :-) No dobra, może troszeczkę :D Przedstawiam rodzinkę państwa Jajecznych.


składniki:
  • 10 - 15 jajeczek przepiórczych (tyle sztuk ile chcemy zrobić koreczków)
  • 10 - 15 marynowanych kapeluszy grzybków
  • 10 - 15 krążków marchewki z marynaty (albo świeżej, obgotowanej)
  • 1 kawałek papryki marynowanej
  • kilka grubszych plastrów sera żółtego, twardego (min.5 mm)
  • kilka łodyżek natki pietruszki
  • kilka listów sałaty
  • dodatkowo: wykałaczki lub szpadki
  • SOS - 4 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki majonezu
  • 2 łyżki posiekanego drobno szczypiorku
  • do smaku: sól, pieprz biały mielony

sposób przygotowania: Grzybki odsączyłam z marynaty. Jajeczka przepiórcze ugotowałam na twardo, ostudziłam w zimnej wodzie, delikatnie obrałam ze skorupek. Włożyłam je do słoiczka i zalałam octową marynatą od grzybów, odstawiłam do lodówki na min. 2 - 3 godziny. Następnie dokładnie osączyłam.

Łodyżki natki pocięłam na kawałeczki dł. ok 5 mm i zrobiłam oczka wciskając je w jajka. Buzie zrobiłam z małych kawałeczków marynowanej papryki nacinając lekko jajko końcem nożyka i wsuwając w nacięcie paprykę. Z plastrów sera wykroiłam kółka kieliszkiem - to będzie podstawa koreczka. Marchewkowe krążki miałam z marynaty grzybowej, ale można użyć zwykłej marchwi, ugotowanej u pokrojonej na kawałki albo wykorzystać np. plasterki ogórka konserwowego.

Montujemy ludki - na krążku sera położyłam krążek marchewki, na to ustawiłam jajeczko i nałożyłam kapelusik z grzybka marynowanego (u mnie tzw. panienki czyli muchomorki rdzawobrązowe) - całość spięłam od góry wykałaczką. Ludki ustawiłam na półmisku wyłożonym sałatą i listkami natki. Podałam z sosem.

Sos: jogurt wymieszałam z majonezem, doprawiłam solą, pieprzem i dodałam szczypiorek.

Placki ziemniaczane z sosem kurkowym

Bardzo pospolita potrawa bo to tylko placki i sos grzybowy, ale mam kilku znajomych, którzy zapytani na co mieliby ochotę kiedy do mnie przyjdą odpowiedzą, że właśnie na takie placki. I jak już się na te placki umówimy to ilość składników muszę pomnożyć przez 4 żeby wystarczyło dla wszystkich. Tak to jest być grzybniętą - wcale nie tak lekko jak się niektórym wydaje . . . :-)))


składniki:

  • NA PLACKI: kilka dużych ziemniaków
  • 1 duża marchewka
  • 1 duża cebula
  • 1 jajko
  • 4 - 5 łyżek mąki pszennej
  • do smaku: sól, pieprz ziołowy
  • do smażenia: olej
  • NA SOS: ok. 1/2 kg świeżych kurek
  • 1 cebula
  • 200 ml śmietany 22%
  • 2 łyżki masła
  • do smaku: sól, pieprz czarny mielony,
  • dodatkowo: natka pietruszki

sposób przygotowania:
Kurki dobrze oczyściłam i opłukałam, osączyłam. Cebulę posiekałam. W rondelku roztopiłam masło, zeszkliłam cebulę. Dodałam kurki – małe w całości a większe podzielone na kawałki. Smażyłam razem 3 - 5 min. a następnie wlałam śmietanę. Doprawiłam solą i pieprzem. Smażyłam jeszcze chwilę aż sos zgęstniał, ale nie za długo bo kurki zrobią się gumowate.

Ziemniaki, marchewkę i cebulę obrałam, opłukałam i starłam na małych oczkach tarki jarzynowej. Dodałam jajko i mąkę, dokładnie wymieszałam. Masę doprawiłam dość obficie solą i pieprzem ziołowym. Smażyłam nieduże placki na gorącej patelni z rozgrzanym olejem – zrumienione z obu stron przekładałam na chwilę na ręcznik papierowy aby odsączyć je z nadmiaru tłuszczu.

Na talerze wykładałam po 3 - 5 placków, polałam sosem kurkowym i posypałam posiekaną natką pietruszki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...