poniedziałek, 31 października 2011

Pasta z fasoli i pieczonej papryki

Kiedyś jadłam podobną pastę na jakimś festynie wegetariańskim. Postanowiłam ją zrobić w domu i muszę powiedzieć, że to fajna odmiana dla pasztetu czy wędliny.


składniki:
  • 3/4 szkl. ugotowanych ziaren białej fasoli (może być z puszki)
  • 1 duża papryka czerwona
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 1/2 papryczki chili
  • do smaku: sól
  • ew. zioła w/g własnego gustu
  • ew. 1 - 2 łyżki oliwy

sposób przygotowania:
najpierw trzeba przygotować paprykę i lepiej od razu wziąć przynajmniej kilka sztuk - jest delikatna, słodka, możemy dodawać ją potem do różnych dań.

Strąki umyłam i osuszyłam. Ułożyłam w całości na blasze. Jeśli pieczemy kilka sztuk to powinny leżeć luźno i nie stykać się. Blaszkę wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 200st. C i piekłam ok. 30 min.. Papryka będzie miała bąble na skórce a miejscami skórka może się nawet przypalić, ale to nic nie szkodzi. Gorące strąki przełożyłam do miski i przykryłam szczelnie folią do żywności - można też włożyć ją do foliowej torebki i zawiązać wlot. Po ok. 10 min. już mogłam z papryki zdjąć bez problemu skórkę. Przekrawałam ją i usunęłam gniazda nasienne, osuszyłam. Tak przygotowaną paprykę możemy dodać do dowolnej sałatki, zrobić z niej zupę, dip albo jakąś inną potrawę. Jeśli naraz upieczemy większą ilość, możemy ją pokroić w dowolne kawałki, ułożyć w słoiczku i zalać dobrej jakości oliwą. Przechowamy ją w lodówce przez jakiś czas i zużyjemy kiedy będziemy mieli ochotę.

A żeby zrobić pastę oczyszczoną i obraną paprykę pokroiłam na mniejsze kawałki i przełożyłam do wysokiej miseczki. Dodałam fasolę, obrany i pokrojony drobniej czosnek oraz chili, zmiksowałam. Doprawiłam solą i 3 - 4 kroplami octu winnego. Do masy dodałam troszkę oliwy i ponownie zmiksowałam. Pastą posmarowałam kromki pieczywa, ozdobiłam listkami bazylii. Ja podałam na grzankach z ciemnej, razowej bułeczki.

Jeśli do pasty dodacie więcej oliwy czy soku, który wyciekł z pieczonych strąków możecie jej używać jako sosu. Można też dodać w/g uznania jakieś zioła.

Zrazy zawijane

Dobrze przygotowana wołowina rozpływa się w ustach. Nieczęsto ją serwuję, ale zraziki, takie klasyczne zawijane ze słoniną czy boczkiem i ogórkiem w środku bardzo lubimy. Do tego u nas obowiązkowo kasza albo śląskie kluski.


składniki:

  • 8 plastrów wołowiny z udźca
  • 2 średnie ogórki kiszone
  • 8 plasterków wędzonego boczku albo słoniny
  • 3 cebule białe
  • 1/2 dużej cebuli czerwonej
  • 4 łyżki musztardy Dijon
  • 3 - 4 łyżki mąki
  • 3 łyżki masła klarowanego
  • do smaku: sól, pieprz ziołowy

sposób przygotowania:
plastry mięsa rozbiłam tłuczkiem na dość cienkie płaty - najlepiej robić to przez folię spożywczą, nie będzie pryskać i nie porozrywa się. Oprószyłam je z obu stron pieprzem ziołowym. Cebule obrałam, białą pokroiłam w drobną kostkę a czerwoną w cienkie piórka. Ogórki pokroiłam wzdłuż na ćwiartki. Każdy płat mięsa posmarowałam 1 łyżeczką musztardy (tylko z jednej strony, od środka), na to ułożyłam plasterek boczku, ćwiartkę ogórka i kilka piórek cebulki. Zwinęłam dość ciasno i spięłam szpadką - można związać nitką. Gdy wszystkie roladki były już gotowe, obtoczyłam je lekko w mące i obsmażyłam na mocno rozgrzanej na patelni i 1 łyżce masła, zrumienione przełożyłam do rondla. Na tę samą patelnię dodałam pozostałe masło i wrzuciłam posiekaną w kostkę cebulę, podsmażyłam aż ładnie się zezłociła. Wtedy zalałam ją 2 szkl. wody, zagotowałam mieszając i całość przelałam do mięsa. Dusiłam na malutkim ogniu ok. 1,5 - 2 godziny aż mięso było mięciutkie. Sos można pod koniec duszenia doprawić solą, ale trzeba najpierw spróbować.

Podajemy z kluskami śląskimi, kopytkami albo kaszą. Pamiętajmy aby przed podaniem usunąć nitkę albo szpadki !

Zebra z prodiża

Na pewno znacie zebrę i to doskonale. Ja piekę ją zwykle w małym domku na wsi bo tam mam prodiż, w którym najlepiej mi wychodzi - w moim piekarniku zawsze bardziej wyrasta środek a wersja wiejska jest jakaś taka równiejsza. Nieco odmienne są też dodatki, zobaczcie sami.


składniki:
  • 3 szkl. mąki tortowej (szklanka pojemności 200 ml) + 4 czubate łyżki
  • 5 jajek od sąsiadki :-)
  • 1,5 - 2 szkl. cukru
  • 4 czubate łyżki kakao naturalnego
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 szkl. zimnej wody
  • 1 szkl. oleju roślinnego - najlepiej rzepakowego
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki aromatu do ciast pomarańczowego
  • 100 kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 1 duże jabłko

  • polewa - 6 łyżek słodkiej śmietanki, może być 12% albo tłuściejsza
  • 2 łyżki masła
  • 4 - 5 kropli aromatu pomarańczowego
  • 1 tabliczka 100 g czekolady gorzkiej (min. 70% kakao)

  • do formy - 1 łyżka masła + 2 - 3 łyżki tartej bułki

sposób przygotowania:
jabłko obrałam, usunęłam gniazdo nasienne, miąższ starłam na dużych oczkach tarki jarzynowej. Skórkę pomarańczową drobno posiekałam. Mąkę (4 łyżki odkładamy) przesiałam razem z solą i proszkiem do pieczenia. Jajka ubiłam z cukrem na puszystą masę. Nie przerywając miksowania dodawałam po łyżce przesianej mąki i po trochu oleju oraz wody. Na koniec dodałam starte jabłko, skórkę i zapach pomarańczowy, wymieszałam dokładnie. Masę podzieliłam na 2 równe części - ja przelewam ją po połowie do dwóch jednakowych miseczek. Do jednej części dosypałam kakao i dokładnie wymieszałam; do drugiej dodałam pozostałą mąkę i też wymieszałam. Formę (w moim przypadku okrągły prodiż) wysmarowałam masłem i posypałam tartą bułką. Wylewałam, na przemian, po 4 łyżki masy jasnej i ciemnej starając się wlewać je na środek - masy same się rozpłyną. Prodiż nakryłam pokrywą (grzałka tylko górna), włączyłam i  piekłam ok. 1 godziny i 15  min.. Trudno mi powiedzieć jak będzie w piekarniku bo zebrę piekę przeważnie właśnie w prodiżu a do niego ciasto wlewam gdy jest zimny i dopiero włączam. Po 1 godz. sprawdziłam stan ciasta patyczkiem i jeszcze dopiekłam. Po upieczeniu odstawiłam odkryte do wystudzenia.

POLEWA: w rondelku rozpuściłam masło, dodałam śmietankę (koniecznie słodką, inna może się zważyć) a gdy masa zawrzała wsypałam pokruszoną czekoladę i mieszałam do całkowitego rozpuszczenia, gotowałam na małym ogniu 3 - 4 min. cały czas mieszając, na koniec dodałam aromat. Gorącą polewą posmarowałam grubo przestudzone ciasto, odstawiłam do zastygnięcia.

Ciasto jest doskonałe nawet po 2 - 3 dniach, ale myślę, że tyle nie poleży :-)))

niedziela, 30 października 2011

Trójkąciki serowe z żurawiną

Że nie przepadam za serami pleśniowymi wiedzą wszyscy, ale na camembert smażony w panierce skuszę się zawsze. A jeśli będzie do niego żurawina to już niebo w gębie :-)


składniki:
  • 2 krążki sera camembert z ziołami
  • 2 nieduże jajka
  • ok. 1 szkl. bułki tartej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki białego pieprzu mielonego
  • olej do smażenia

  • SOS - 250 g żurawiny (świeżej lub mrożonej)
  • 3 łyżki cukru
  • 1/2 szkl. wody


sposób przygotowania: SOS - żurawinę opłukałam, osączyłam. W rondelku zagotowałam wodę z cukrem, wsypałam żurawinę i gotowałam na małym ogniu aż kuleczki popękały i całość zgęstniała, jakieś 15 minut.

SER - krążki sera pokroiłam promieniście każdy na 6 - 8 części. Jajka roztrzepałam z solą i pieprzem. Każdy trójkącik obtoczyłam w jajku, bułce tartej i obie czynności powtórzyłam. Panierka musi być gruba żeby ser nam nie wypłynął. Tak przygotowane serki kładłam na rozgrzaną patelnię z olejem i smażyłam na złoto ze wszystkich stron - trzeba to robić na dość silnym ogniu. Po usmażeniu wyłożyłam ser na ręcznik papierowy aby osączyć go z nadmiaru tłuszczu. Po chwili ułożyłam porcje na talerzach i podałam gorący ser z dodatkiem sosu żurawinowego.

Teraz, Misiu!

Tiramisu to klasyczny deser włoski, ale ponieważ moja wersja a właściwie wariacja nie jest klasyczna więc została ochrzczona bardziej swojską nazwą. Misiem nad miską deseru może być każdy łakomczuch pokroju moich dwóch czyli miłośnik słodyczy, szczególnie tych z kremem. A "teraz, Misiu" odpowiedziałam po obiedzie gdy Żarłoczek tęsknym wzrokiem spoglądał na drzwiczki lodówki. Jego uśmiechnięty wyraz twarzy w tym momencie - bezcenny !


składniki:
  • ok. 200 g podłużnych biszkoptów
  • 250 g serka mascarpone
  • 500 g sera białego półtłustego (takiego 3-krotnie mielonego)
  • 5 żółtek
  • ok. 2/3 szkl. cukru zwykłego
  • ok. 1/3 - 1/2 szkl. mocnego espresso (szkl. poj. 250 ml)
  • 1/3 szkl. likieru Amaretto (można zastąpić rumem, doskonale sprawdza się też Metaxa)
  • ok. 30 g czekolady deserowej albo kakao naturalnego

sposób przygotowania:
jajka dokładnie umyłam, sparzyłam, rozbiłam oddzielając żółtka. Białka nie będą nam potrzebne - można je wykorzystać do czegoś innego. Świeżo zaparzoną, mocną kawę wystudziłam zupełnie, zmieszałam z alkoholem. Żółtka utarłam z cukrem na puszystą, białawą masę. Do masy dodałam serek mascarpone i ser biały, delikatnie, ale dokładnie wymieszałam - robię to łyżką bo gdy miksuję masa jakoś za bardzo mi rzednie. W dużej szklanej misie ułożyłam na dnie pojedynczą warstwę biszkoptów, które zamaczałam najpierw na moment w kawie z likierem - muszą być zwilżone, ale nie nasiąknięte za bardzo. Jeśli nam się jakiś złamie to nie należy się tym przejmować, w deserze nie będzie tego widać. Na biszkopty wyłożyłam ok. 1/3 masy, na to znowu biszkopty przygotowane tak jak wcześniej, na to porcja masy, znowu biszkopty i ostatnia warstwa masy. Można składniki podzielić na więcej części i ułożyć więcej warstw. Przygotowany deser przykryłam dokładnie folią spożywczą i wstawiłam na min. 2 - 3 godz. do lodówki. Przed podaniem wierzch posypałam równomiernie drobno startą czekoladą (można użyć kakao). Można też zrobić jakiś wzór np. z cukru pudru na ciemnym tle. Deser podałam dobrze schłodzony nakładając porcje łyżką.

Dodaję większą część sera białego i deser jest w/g mnie nieco lżejszy niż z samego mascarpone.

Paluszki grissini Pyzy

Lubię grissini. To takie uniwersalne chrupadełko/czekadełko, albo dodatek np. do kremowych zup. I bardzo łatwo je zrobić, chociaż moje wyszły za pierwszym razem jakieś takie krzywe bo przyznaję się, że nie przykładałam się zbytnio podczas robienia - ale czy to ma duże znaczenie? I tak zniknęły bardzo szybko :-)


składniki:

  • 2 - 2,5 szkl. mąki chlebowej (można taką kupić w marketach, albo użyć zwykłej)
  • 3 łyżki oliwy + 1 do posmarowania blachy
  • ok. 1/3 szkl. mleka
  • ok. 1/3 szkl. wody
  • 30 g świeżych drożdży
  • 1 czubata łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka czosnku granulowanego
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżka ziarenek kminku
  • 1 łyżka białego sezamu
  • 1 jajko
  • trochę mąki do posypania blatu

sposób przygotowania: mleko lekko podgrzałam, rozmieszałam w nim drożdże dodając cukier i łyżkę mąki, odstawiłam na 15 min. aby ruszyły. Mąkę przesiałam z solą. Do mąki dodałam rozczyn i olej, jeśli ciasto byłoby zbyt luźne można dosypać nieco mąki, jeśli zbyt twarde - dolać odrobinę wody. Ciasto zagniotłam, wyrobiłam dokładnie i odstawiłam w ciepłe miejsce pod przykryciem na ok. 30 - 40 min. aby wyrosło. Po tym czasie wyrobiłam je ponownie i podzielimy na 2 części. Jedną zostawiłam "białą", do drugiej dodałam czosnek i oregano, zagniotłam ponownie. Tak przygotowane ciasto można rozwałkować na grubość ok. 5 - 8 mm i nożem pociąć na paski szer. ok. 1 - 2 cm, ale ja wolałam turlać je w rękach i na blacie, i robić wałeczki śr. 1 - 2 cm. Podłużne paluszki układałam luźno na posmarowanej odrobiną tłuszczu blasze, smarowałam roztrzepanym jajkiem i posypałam ziarenkami: białe - sezamem a ziołowe kminkiem. Ręką lekko dociskałam ziarenka. Piekłam w piekarniku nagrzanym do 200 st. C ok. 10 min. aż nabrały ładnego złotego koloru.

Możemy je podawać na ciepło, prosto z pieca, ale doskonałe są też kiedy wystygną. Ziarenka kminku i sezamu lubią odpadać więc można je dodać do środku ciasta i zagnieść z nimi. Można też zrobić inne smaki grissini, dzielić ciasto na kilka części i do każdej dodawać inne przyprawy a obtoczyć np. w gruboziarnistej, morskiej soli . . .

sobota, 29 października 2011

Domowy budyń kakaowy z gruszką i posypką

Chłodne popołudnie, wróciliśmy właśnie z kina a Żarłoczek jęczy, że budyniu mu się chce. Załamka z tym chłopem normalnie ! Tak jęczał, tak prosił, że wyprosił - poszłam, zrobiłam bo żyć by mi nie dał. To chyba musi być miłość, nie?


składniki:
  • 2 gruszki, u mnie Konferencje
  • 3/4 szkl. wody
  • 2 łyżki cukru
  • suszona żurawina
  • skórka pomarańczowa kandyzowana

  • BUDYŃ - 3,5 szkl. mleka
  • 4 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 czubate łyżeczki kakao naturalnego
  • 2 łyżeczki masła
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

sposób przygotowania: gruszki obrałam, pokroiłam na kawałki usuwając gniazdo nasienne. Obgotowałam je przez 2 min. w wodzie z dodatkiem cukru, odcedziłam a pozostały płyn zachowałam.

W jednej szkl. zimnego mleka rozmieszałam mąki ziemniaczanej i kakao. W garnku zagotowałam resztę mleka dodając wywar z gruszek, masło, cukier zwykły i waniliowy. Gdy płyn zaczął wrzeć cały czas mieszając wlałam zimne mleka z dodatkami i gotowałam całość ok. 4 min. nie przerywając mieszania.

Rozlałam gorący budyń do miseczek i odstawiłam aby lekko przestygł. Na wierzchu ułożyłam po trochu gotowanych gruszek. Posypałam posiekaną kandyzowaną skórką pomarańczową i suszoną żurawiną.

Kasza gryczana z pieczarkami i brokułem

Do czego to doszło żebym o tej porze roku jadła kupne pieczarki ! Ale niestety, u mnie w lesie grzybów nie ma w tym roku, może na wsi coś jeszcze trafię. Były już przymrozki więc liczę na boczniaki, ale czy będą to się zobaczy. Kilka innych gatunków też jeszcze powinno się trafić a na razie pieczareczki ze straganu.


składniki:

  • 0,5 szkl. kaszy gryczanej, palonej
  • 1 nieduży brokuł
  • 25o g pieczarek
  • 0,5 szkl. jogurtu naturalnego
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 - 3 łyżki posiekanego koperku
  • 4 łyżki oliwy lub oleju
  • 1 - 2 łyżki soku z cytryny
  • do smaku: sól, pieprz mielony biały, cukier, chili mielone

sposób przygotowania:
Kaszę wypłukałam, przełożyłam do garnka, zalałam 1 szkl. wody, dodałam ok.1/3 łyżeczki soli, gotowałam pod przykryciem na małym ogniu aż kasza wchłonęła całą wodę i zmiękła. Ząbki czosnku obrałam i przecisnęłam przez praskę, dodałam do jogurtu razem z połową koperku, doprawiłam solą i pieprzem.

Pieczarki oczyściłam dokładnie, opłukałam, ale można też po prostu wytrzeć je ręcznikiem papierowym. Małe zostawiłam w całości, większe pokroiłam. Brokuła opłukałam, osączyłam, odcięłam różyczki z kwiatostanu. Na patelni rozgrzałam oliwę, podsmażyłam pieczarki aż lekko się zezłociły, dodałam brokuła. Całość oprószyłam odrobiną cukru, soli, pieprzu i chili, podlałam ok. 1/3 szkl. wody i poddusiłam pod przykryciem ok. 5 - 8 min.. Na koniec dodałam sok cytrynowy i resztę koperku, wymieszałam. Podałam z kaszą i sosem jogurtowym.

Śledź z warzywami

Dobry śledzik nie jest zły a taki właśnie mi smakuje. Tylko nie zróbcie tak jak ja za pierwszym razem jak go przygotowywałam i nie zalejcie ryby gorącą zalewą . . . to była porażka jakich mało bo śledź się "ugotował" i rozlatywał zupełnie, ale cóż, człowiek się uczy na własnych błędach.


składniki:

  • 4 - 5 filetów śledziowych z zalewy octowej
  • 1/2 puszki 400 g kukurydzy konserwowej
  • 1 marchewka
  • 1 cebula
  • 1/2 strąka papryki żółtej
  • 1 - 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • do smaku: sól, cukier, papryka mielona słodka, pieprz cayenne
  • 2 łyżeczki oleju słonecznikowego

sposób przygotowania: Filety obdarłam bezczelnie ze skóry, pokroiłam na mniejsze kawałki. Warzywa oczyściłam i obrałam. Cebulę pokroiłam w ćwierć plasterki, paprykę w paski, marchewkę w krążki lub pół krążki, kukurydzę osączyłam z zalewy.

Na patelni/w rondelku rozgrzałam olej. Podsmażyłam cebulkę a gdy się zeszkliła dodałam marchewkę, dusiłam 3 min.. Następnie dodałam paprykę, kukurydzę, koncentrat pomidorowy i doprawiłam - sos powinien być słodko ostry- dusiłam całość jeszcze 2 - 3 min., odstawiłam do wystudzenia. W naczyniu ułożyłam kawałki śledzia a na nich warzywa z sosem. Naczynie przykryłam folią i odstawiłam w chłodne miejsce, najlepiej do lodówki, na przynajmniej kilka godzin aby smaki się przegryzły. Podałam z pieczonymi w łupinach ziemniakami, dobre są też z ciemnym chlebem.

piątek, 28 października 2011

Koreczki z boczku, z niespodzianką

Jak impreza to impreza - koreczki i inne małe przekąski zawsze cieszą się powodzeniem. Takie nieduże żeby wziąć w łapkę i nie szukać nawet talerza. Niektóre lepsze na zimno, ale te lepiej żeby były ciepłe.


składniki:

  • cienkie plastry chudego boczku wędzonego, parzonego (po jednym na roladkę)
  • morele suszone (j.w.)
  • 100 brandy (niekoniecznie)
  • migdały
  • kawałek sera żółtego twardego
  • papryka mielona w proszku
  • wykałaczki drewniane

  • SOS - kilka łyżek gęstego jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka konfitury morelowej
  • sos słodko-ostry chili

sposób przygotowania: Morele można namoczyć w alkoholu, ale nie jest to konieczne. Powinny być jednak dość miękkie, nie za bardzo wysuszone.

Do każdej, w miejsce po pestce, włożyłam po jednym migdale i słupku/kawałku żółtego sera, "zamknęłam" owoc. Z plastrów boczku odkroiłam skórę bo taką miał i wycięłam delikatnie chrząstki. Każdy plaster oprószyłam lekko papryką mieloną, przy jednym brzegu ułożyłam jedną morelę i zwinęłam w roladkę, spięłam drewnianą wykałaczką. Tak przygotowane roladki ułożyłam na suchej, mocno nagrzanej patelni i obsmażyłam ze wszystkich stron. Zrumienione zawijaski przełożyłam na półmisek i podałam gorące z dodatkiem sosu. Można je także ułożyć na blaszce i podpiec w piekarniku.

Sos: jogurt wymieszałam z konfiturą morelową i doprawiłam sosem słodko-ostrym chili w/g własnego smaku.

Sałatka z kotletami, grapefruitem i gruszką

Jak się rozpędziłam to nasmażyłam za dużo kotletów. Zostały 2 i trzeba było coś z nimi zrobić. Zrobiłam więc sałatkę na kolację, i to jaką pyszną !  Chyba częściej muszę smażyć więcej kotletów :-)


składniki:

  • 2 kotlety schabowe usmażone w panierce z otrębów i ostudzone
  • 1/2 główki sałaty lodowej
  • 2 grapefruity czerwone
  • 1 - 2 gruszki
  • 1/2 pęczka natki pietruszki
  • 1 - 2 łyżeczki sok z cytryny
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • 1 łyżeczka miodu płynnego
  • do smaku: sól morska, pieprz kolorowy mielony

sposób przygotowania: Grapefruity umyłam, okroiłam ze skórki i wyfiletowałam cząstki miąższu. Sałatę pokroiłam w cienkie paski. Gruszki obrałam, usunęłam gniazda nasienne i pokroiłam w plasterki. Pokrojone składniki przełożyłam do miski. Dodałam grubo posiekaną natkę i kotlety pokrojone w paski.

Z soku wyciśniętego z pozostałości grapefruitów, soku z cytryny, oleju i miodu zrobiłam sos. Doprawiłam go solą morską i pieprzem, polałam sałatkę i wymieszałam. Było bardzo smacznie i ciekawie. Lekka goryczka grapefruita świetnie komponowała się ze słodyczą gruszki i chrupiącą sałatą a mięso spowodowało, że sałatka stała się pełnym, samodzielnym i pożywnym daniem.

Fajny film wczoraj widziałam....

Jak nie chodziłam do kina to przez wieki całe a ostatnio kinomaniaczka się ze mnie robi :D 
Udało mi się nawet wyciągnąć Żarłoczka co biorąc pod uwagę tematykę filmu nie było wcale łatwe.


Francuski obraz "Przepis na miłość" krytycy określają: "apetyczny jak "Czekolada" i uroczy jak "Amelia" - Ci, którzy widzieli oba te filmy będą wiedzieli o czym mowa. I rzeczywiście - jest zarówno apetyczny jak i uroczy.

On tak chorobliwie nieśmiały, że boi się nawet rozmawiać z innymi nie mówiąc o bliższych relacjach a Ona tak wrażliwa, że mdleje przy silnym wzruszeniu. On, właściciel upadającej fabryczki czekoladek a Ona, mistrzyni ich przygotowywania, ma szansę ustawić interes do pionu. Czy tacy nieśmiali wrażliwcy mają szansę być razem? Tego dowiecie się z filmu, który polecam bo ogląda się go bardzo przyjemnie i z uśmiechem. Wiele zabawnych nieporozumień wynikających właśnie ze sposobu bycia bohaterów powoduje, że film jest właściwie komedią romantyczną, ale z gorzkawą refleksją, że wiele z podobnych lęków siedzi w każdym z nas - niektórzy tylko lepiej sobie z nimi radzą.

Film ciepły, mimo wszystko radosny, pozbawiony przemocy co rzadkie i niepopularne w dzisiejszym kinie, sprawia, że człowiek wycisza się i wychodzi z kina odprężony i z uśmiechem na twarzy. I dobrze, że wzięliśmy ze sobą tabliczkę czekolady na przekąskę bo zaśliniłabym się okropnie od patrzenia na czekoladki z filmu  :-)

czwartek, 27 października 2011

Lody z balsamico i orzechami

Przyznaję się bez bicia, że tym razem lody kupne. Czasami robię sama, ale nie chciało mi się więc to nie tyle przepis co sposób podania - moim wkładem w deser są dodatki.


składniki:
  • 1/2 l lodów waniliowych
  • 1/2 l lodów czekoladowych
  • 5 - 6 łyżek syropu z octu balsamicznego
  • płatki waflowe w czekoladzie deserowej
  • ok. 3/4 szkl. orzechów włoskich łuskanych
  • ok. 1/3 szkl. łuskanych pistacji
  • 1/2 tabliczki czekolady deserowej
  • 3 - 4 łyżki mleka
  • 3 szczypty mielonego chili

sposób przygotowania:
lody przełożyłam do salaterki dzieląc je łyżką na mniejsze kawałki. Nie mogą być bardzo mocno zmrożone. Skropiłam całość 4 - ma łyżkami syropu lekko przemieszałam, ale tak aby nie zmieszały się ze sobą dokładnie tylko nabrały wyglądu marmurkowego. Przełożyłam z powrotem do pojemników ugniatając i wstawiłam do zamrażalnika na min. 1 godzinę. W tym czasie przebrałam orzechy włoskie, pokruszyć na mniejsze kawałki. Pistacje też pokruszyłam, ale drobniej. Czekoladę połamałam na kawałeczki, wsypałam do mleka i podgrzałam całość w miseczce ustawionej na garnuszku z wrzącą wodą. Gdy czekolada się rozpuściła dolałam 2 łyżki syropu balsamicznego, wsypałam chili i wymieszałam. Lody nakładałam na głębokie talerze - po 3 kulki na porcję. Przełożyłam płatkami waflowymi, polałam stopioną czekoladą i posypałam orzechami. 3 łakomczuchy były bardzo, bardzo zadowolone.

Róża, różyczka - hop do koszyczka!

Lubię się chwalić, co ja na to poradzę? I lubię brać udział w różnych konkursach a oczywiście najbardziej lubię wygrywać. Bawi mnie rywalizacja i tworzenie dań na konkretny temat np. z określonym składnikiem. Ostatnio w różnych miejscach pojawiają się konkursy sponsorowane przez "Polską Różę" - producenta przetworów właśnie w róży, ale nie tylko bo oferta jest znacznie bogatsza.


Wzięłam udział w dwóch takich konkursach i w obu mi się poszczęściło. Zadaniem było przygotowanie dowolnego dania z różą właśnie albo nawiązującego do kwiatu róży w jakiś sposób. Ponieważ bardzo lubię konfiturę z róży więc ją właśnie postanowiłam wykorzystać w swoich daniach.

W jednym konkursie wyróżniono mój Torcik różany a w drugim najbardziej spodobały się Polędwiczki w sosie różanym. Jak widać na zdjęciu powyżej jeden koszyczek produktów sponsora już dotarł a drugi pewnie dotrze niebawem więc zapas witaminek na zimę jest :-)

Koreczki włoskie

To taka szybciutka przekąska - delikatne koreczki, pachnące bazylię i z kwaskowym sosem. Jadnak zamiast malutkiej mozarelli, która jakoś ostatnio nam nie smakuje, kuleczki zrobiłyśmy z Koleżanką z twarożku - taki mały przekręt :-)


składniki:

  • kilkanaście pomidorków koktajlowych albo daktylowych, albo innych małych
  • 150 g twarogu białego - użyłam serka Capri, może być też kozi twaróg
  • 2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • listki bazylii (tyle sztuk ile pomidorków albo podwójnie jeśli małe)
  • do smaku: sól, pieprz biały mielony
  • wykałaczki lub szpadki

  • sos: 1 szkl. octu balsamicznego

sposób przygotowania: Ocet balsamiczny wlewamy do małego rondelka i stawiamy na niedużym ogniu, gotujemy aż będzie miał konsystencję syropu, studzimy (trzeba pamiętać, że stygnąc jeszcze zgęstnieje) - można też użyć gotowego syropu balsamicznego, ale A. nie miała takiego.

Twaróg roztarłam dokładnie z jogurtem, doprawiłam solą i pieprzem. Uformowałam z niego niewielkie kuleczki. Na każdą wykałaczkę nadziałam kulkę serka, 1 - 2 listki bazylii i pomidorka.
Talerz, najlepiej biały (całość ładnie na takim wygląda) polałam niewielką ilością syropu balsamico w esy-floresy i ułożyłam koreczki - sposób ułożenia w/g uznania, można po prostu porozrzucać je po talerzu albo ułożyć koliście . . . Trochę syropu podałam w miseczce.
Proste i bajecznie smaczne!

przepis dołączam do akcji Viva Italia, do działu antipasti

środa, 26 października 2011

Domowe wstążki z szynką i dynią

Czasami mnie coś napada i zagniatam własny makaron. Przeważnie trafia do pysznego rosołu, ale bywa, że przynajmniej część pokroję inaczej i podaję samodzielnie z jakimś sosem. Przepis na mój makaron znajdziecie TUTAJ


składniki:

  • 250 g makaronu wstążki, może być tagliatelle albo papardelle
  • 1 szkl. miąższu dyni (bez pestek) pokrojonego w kostkę lub słupki
  • 200 g szynki wędzonej, gotowanej
  • 1 mała cebulka
  • 2 łyżki oliwy
  • 1/2 - 3/4 szkl. słodkiej śmietanki
  • 2 - 3 łyżki świeżego koperku,
  • do smaku: sól, pieprz cytrynowy, tymianek

sposób przygotowania: nastawiłam garnek z wodą do gotowania makaronu. Cebulę obrałam, pokroiłam w cienkie półplasterki a szynkę w paski. Na patelni rozgrzałam oliwę, podsmażyłam szynkę razem z cebulką doprawiając tymiankiem, mają się lekko zezłocić. Kiedy cebula zmiękła dodałam dynię i smażyłam ok. 3 min. podlewając niewielką ilością wody - dynia ma pozostać w kawałeczkach, nie rozgotować się. Następnie do gotującego się wrzątku dodałam łyżeczkę soli i makaron a na patelnię wlałam śmietankę, doprawiłam sos solą i pieprzem, dusiłam kilka minut - tyle czasu ile potrzebuje makaron aby ugotować się al dente. Odcedziłam go i tutaj są dwie opcje - albo nakładamy porcje na talerze i polewamy sosem albo lekko odcedzony makaron przekładamy do sosu, razem mieszamy i dopiero wykładamy na talerze. Przed podaniem posypałam całość listkami koperku.

Makaron możemy kupić gotowy albo tak jak ja zagnieść go sami krojąc go w mniej lub bardziej szerokie wstążki. Pamiętajmy, że świeży gotuje się krócej niż suszony.

Granita kawowa

Granita to dość popularny włoski deser. Doskonały na upalne dni, ale nie tylko. Mrożone desery, wbrew pozorom, bezpieczniej jeść gdy na dworze chłodno bo wtedy szok termiczny dla naszego gardła i organizmu jest mniejszy.


składniki:

  • 2 szkl. mocnego naparu dobrej kawy naturalnej (mocne espresso)
  • kilka łyżeczek cukru kryształu
  • 4 łyżki likieru kawowego albo cynamonowego
  • 100 ml śmietany kremówki 30-36%
  • do posypania: odrobina kawy rozpuszczalnej albo kakao, albo startej czekolady
  • ew. kardamon i cynamon do naparu

sposób przygotowania:
oczywiście kawa powinna być bardzo dobrej jakości i napar musi być mocny, najlepiej z ekspresu żeby nie było fusów. Ilość cukru w/g własnego smaku, ja dałam po 4 malutkie łyżeczki na szkl. naparu, można dać więcej lub mniej. . .
Napar ostudziłam i wlałam do dość szerokiego i płaskiego naczynia ze szczelną pokrywką - im większa powierzchnia zamarzania tym szybciej uzyskamy pożądany efekt. Naczynie wstawiłam do zamrażalnika na ok. 1 godz.. Po tym czasie wyjęłam i rozdrobniłam zamarzniętą lekko powierzchnię - najlepiej robić to widelcem - pojemnik wstawiłam z powrotem do zamrażalnika. Operację zamrażania i rozdrabniania powtarzałam kilkukrotnie aż z całego płynu powstaną nam gruboziarniste kryształki - taki jakby zeskrobany szron. Trudno podać dokładny czas - to zależy od naczynia i możliwości zamrażalnika.


Mając już gotową granitę, ubiłam śmietankę na sztywno - ja nie dodawałam do niej cukru, ale jak ktoś chce może posłodzić. Nałożyłam porcje granity do przeźroczystych kieliszków i szklaneczek, polałam każdą porcję 1 łyżką likieru, ozdobiłam kleksem bitej śmietany i oprószyłam odrobiną czekolady. Podałam natychmiast, zanim się roztopiła. Kawę możemy zaparzyć z dodatkiem kardamonu lub cynamonu.

przepis dołączam do akcji Viva Italia do działu dolci e un caffé

wtorek, 25 października 2011

3 Kuchnia+Food Film Fest - Jiro śni o sushi

To już ostatnia moja relacja z tegorocznego festiwalu bo tylko tyle wejściówek udało mi się zdobyć. W przyszłym roku postaram się bardziej i jeśli czas, zdrowie i możliwości pozwolą może uda się zobaczyć wszystkie propozycje. A tymczasem zapraszam do Japonii.


Tytułowy Jiro to jeden z najsławniejszych mistrzów sushi na świecie. Sztuce przygotowywania tego specjału poświęcił całe swoje życie. Już jako mały chłopiec uczył się tajników tego zawodu a z czasem doszedł do perfekcji. Ma 85 lat, ale ciągle jeszcze pracuje. I to prawie na pełen etat bo dla Japończyka przejście na emeryturę to  śmierć.

Film ukazuje cały proces produkcji słynnego sushi Jiro zaczynając od zakupu najświeższych, najwyższej jakości składników od wyspecjalizowanych sprzedawców, których Mistrz obdarzył zaufaniem. Oni wiedzą czego Jiro potrzebuje a On wie, że dostarczą mu najlepszy towar.

Restauracja Jiro mieści się w podziemiach biurowca, w centrum Tokio i ma tylko 9 miejsc. jest malutka, ale bardzo znana i ceniona. Żeby móc zjeść w niej kolację trzeba rezerwować termin z minimum miesięcznym wyprzedzeniem i dysponować zasobnym portfelem bowiem zestaw ok. 20 przekąsek kosztuje w przeliczeniu na naszą walutę ok. 1200 zł. Niemniej jednak wszyscy Ci, którzy mieli okazję go spróbować mówią zgodnie, że jest warte swojej ceny.

Restauracja Jiro posiada 3 gwiazdki Michelina co jest niezwykłym wyróżnieniem dla lokalu i jego właściciela.

Jiro sam jest perfekcjonistą i tego samego wymaga zarówno od dwóch synów, których wyszkolił w zawodzie jak i innych uczniów. A takie szkolenie trwa wiele lat i odbywa się na najlepszych składnikach bo Mistrz uważa, że uczniowie poza rozwijaniem umiejętności przygotowywania dania muszą także szkolić swoje wyczucie smaku. Przecież kucharz nie może podać gościowi niczego co jemu by nie smakowało. Każda partia ryb czy innych składników jest próbowana, smakowana i przechodzi ostrą selekcję - przed klienta trafia tylko to co najlepsze.

Sushi Jiro, przygotowywane codziennie bezpośrednio przed podaniem konkretnemu gościowi, wygląda jak małe cacuszka, dzieła sztuki. Pomysły na różne kombinacje ponoć przychodziły mu do głowy nawet podczas snu a gdy budził się zapisywał je szybko żeby nie zapomnieć.

Myślę, że nam, ludziom z innej kultury, ciężko zrozumieć mentalność Japończyków. Większość z nas, z natury nie jest aż tak ambitna i pracowita jak oni, inne mamy podejście do życia, pracy i relacji rodzinnych. Ale obraz warto było obejrzeć choćby po to żeby zobaczyć jak dalece sprzedawane w Polsce sushi różni się od tego japońskiego - zarówno w kwestii składników, samego podawania jak i całej filozofii przygotowywania i podejścia do klienta.

Fioletowy farsz w calzone

Wzrok Was nie zawodzi - te grzyby w środku rzeczywiście są filetowe bo to gąsówki nagie vel fioletowawe, bardzo smaczne późnojesienne grzyby.
A calzone to taka pizza w formie pieroga czyli z farszem zamkniętym w środku. My lubimy calzone zarówno na gorąco jak i na zimno, można je zabrać ze sobą np. na piknik czy do pracy. 



składniki:

  • CIASTO: ok. 3 szkl. mąki pszennej (szkl. poj. 250 ml)
  • 3/4 szkl. ciepłego mleka
  • 30 g świeżych drożdży
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • 1 płaska łyżka cukru
  • 2 łyżki oliwy + 1 łyżka do posmarowania ciasta
  • 1 czubata łyżka zimnego masła
  • 1 jajko
  • trochę mąki do posypania blatu
  •  
  • FARSZ:
  • kilka dużych kapeluszy gąsówki nagiej
  • 1 duża czerwona cebula
  • 3 łyżki oliwy
  • 1,5 łyżeczki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka listków tymianku
  • 2 - 3 łyżki posiekanej natki pietruszki
  • 1 płaska łyżeczka mielonego pieprzu
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 200 g sera mozarella

sposób przygotowania: Drożdże wkruszyłam do ciepłego mleka, dodałam cukier, wymieszałam i odstawiłam na 10 min. Mąkę (2,5 szkl) przesiałam, dodałam sól, oliwę, samo żółtko jajka i masło pokrojone na małe kawałeczki - palcami roztarłam tak aby masło nie tworzyło grudek. Następnie wlałam rozczyn i zagniotłam dość miękkie ciasto podsypując troszkę mąką. Wyrobione uformowałam w kulę, posmarowałam leciutko oliwą, przykryłam ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce aby wyrosło, na ok. 1 godz. - czyli wszystko tak samo jak przy pizzy.

Grzyby dokładnie oczyściłam, pokroiłam w grube paski. Cebulę obrałam, pokroiłam w kostkę, można w półplasterki. Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam cebulę a gdy się zeszkliła dodałam grzyby i smażyłam mieszając aż puściły sok. Dodałam tymianek, doprawiłam solą i pieprzem, dolałam ocet, smażyłam aż cały sok odparował. Na koniec dodałam natkę i odstawiłam do przestygnięcia. Ser pokroiłam w drobną kostkę i dosypałam do zimnych grzybów.


Wyrośnięte ciasto ponownie zagniotłam, podzieliłam na 2 części. Każdą rozwałkowałam, podsypując blat mąką, nadając kształt koła śr. 25 - 30 cm.. Na połowę każdego koła nałożyłam 1/2 farszu, przykryłam drugą połową koła, brzegi zawinęłam do środka mocno dociskając. Wierzch posmarowałam roztrzepanym białkiem i nakłułam w kilku miejscach czubkiem noża - z kawałeczków ciasta można zrobić drobne ozdoby i przykleić białkiem. Ułożyłam na blasze, piekłam ok. 15 - 20 min. w piekarniku nagrzanym do 200 st. C. Po wyjęciu z piekarnika odstawiłam na 10 - 15 min. aby farsz leciutko przestygł - inaczej wypłynie przy krojeniu.

Ciasto jest mięciutkie i delikatne w smaku a do farszu możecie wykorzystać inne grzyby leśne albo pieczarki.

Przepis dołączam do akcji Vita Italia! do działu secondi piatti

Bardzo gorąca książka w mojej biblioteczce

"Przepis to tylko instrukcja. Najważniejsze, aby gotować z miłością" - te słowa przeczytałam na okładce gorącej jeszcze pozycji, która ukazała się zaledwie kilka dni temu - "Grzegorz Łapanowski smakuje".

Autora znacie go na pewno z programów "Ł'apetyt", "Ł'apetetyt2" i występów w porannej telewizji "Dzień Dobry TVN". Jest kucharzem i dziennikarzem kulinarnym, publikował m.in. na łamach Food Service'u, Przeglądu Gastronomicznego i News Gastro. Prowadzi także warsztaty i pokazy kulinarne, realizuje projekty edukacyjne dla dzieci i młodzieży.



Kilka odcinków w/w programów miałam okazję obejrzeć i bardzo mi się podobały bo ten człowiek rzeczywiście gotuje z miłością - to się widzi i czuje. Miałam także przyjemność poznać pana Grzegorza osobiście, jakiś rok temu, podczas konkursu "Przepisowe śledź-stwo", którego był współprowadzącym. Bardzo mile wspominam jak pomagał uczestnikom pokonać tremę przed mikrofonem i publicznością a także bardzo chętnie służył radą oraz pomocą w czasie przygotowywania przez nas dań. Jest niezwykle otwartym i miłym człowiekiem.

Gdy tylko usłyszałam, że wydaje książkę od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Jest to książka zwykła i niezwykła zarazem bo przepisy na dania są proste i wydawałoby się niewyszukane, ale właśnie w tym ich siła gdy wiele innych pozycji oferuje nam ciężkie do odtworzenia w domu cudeńka. Autor jest wielkim propagatorem kuchni polskiej, regionalnej, koniecznie z wykorzystaniem lokalnych specjałów a także najlepszej jakości składników. Jego zdaniem kupując polską, dobrą żywność, najlepiej ekologiczną, mamy wpływ na zdrową konkurencję na tym rynku a co za tym idzie spadek dość wysokich jej cen.

W swoich przepisach p.Grzegorz proponuje bardzo ciekawe połączenia smaków używając prostych składników i ogromną zaletą książki jest to, że przygotowanie sobie z niej jakiegoś dania nie wymaga nie wiadomo jakich umiejętności kucharskich bo w prostocie siła!


Minusem jest dla mnie to, ze ogólna stylizacja zdjęć potraw nieco zalatuje naśladowaniem Jamiego Olivier'a, ale może ktoś uważał, że panowie są podobni do siebie choćby z racji wieku czy blond czuprynki. Obaj są też zawsze są uśmiechnięci.

Książka poza wieloma przepisami podzielonymi na działy w/g głównego składnika dania zawiera także rozważania na temat jedzenia i składników w ogóle. Są dobre rady co i gdzie warto kupować, jak wybierać to co najwartościowsze - te gawędy, napisane lekko i bardzo przystępnie, przeczytacie z przyjemnością. Jest też indeks nazw niektórych mało znanych składników czy technik stosowanych w kuchni wraz z dokładnymi wyjaśnieniami a także kilka tabel sezonowego występowania wielu ziół i warzyw.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z zakupu - książka przejrzysta, bogato ilustrowana, przepisy do wypróbowania i to szybko, cena także bardzo przystępna bo tylko 32 zł - bardzo polecam bo na prawdę warto !

"Grzegorz Łapanowski smakuje"
wyd.G+J Gruner+Jahr Polska
2011

Zdjęcia pochodzą z opisanej książki

poniedziałek, 24 października 2011

Pizza z serem pleśniowym i żurawiną

Ser typu camembert ładnie się zapieka. Lubię też ser smażony z dodatkiem żurawiny. Pomyślałam sobie, że można by oba te składniki, ser i żurawinę, położyć na pizzy i zapiec - to był strzał w dziesiątkę. Można kawałki takiego placka podać na zakończenie kolacji, właściwie na deser. Polecam bo jest bardzo pyszne.

Ja zwykle zagniatam ciasto na 3 duże pizze z czego oddzielam kawałek i taką "deserową" piekę jedną mniejszą.



składniki na 3 duże pizze albo 5 mniejszych:
  • 3 szkl. mąki pszennej
  • ok. 1 szkl. ciepłego mleka
  • 30 g świeżych drożdży
  • po 1 łyżeczce soli i cukru
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 czubata łyżka zimnego masła
  • 1 żółtko
  • DO OBŁOŻENIA - 2 serki typu camembert po 100g, naturalne
  • kilka łyżek konfitury żurawinowej
  • 2 - 3 garści orzechów włoskich łuskanych

sposób przygotowania:
drożdże wkruszyłam do lekko ciepłego mleka, dodałam cukier, wymieszałam i odstawiłam na 10 min. Mąkę (2,5 szkl) przesiałam z solą, dodałam oliwę, żółtko jajka i masło pokrojone na małe kawałeczki - palcami roztarłam tak aby masło nie tworzyło grudek. Następnie wlałam rozczyn i zagniotłam dość miękkie ciasto podsypując resztą mąki. Uformowałam kulę, leciutko posmarowałam oliwą, przykryłam ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce aby wyrosło, na ok. 1 godz..

Ciasto podzieliłam na 3 - 5 części, każdą rozwałkowałam na nieduży placek. Każdy posmarowałam konfiturą żurawinową, obłożyłam plasterkami sera i posypałam pokruszonymi orzechami. Pizze układałam na specjalnym kamieniu do pieczenia i piekłam ok. 15 min. w piekarniku nagrzanym do 220 st. C. Podałam na gorąco, przybrane listkami bazylii.

Przepis dołączam do akcji Viva Italia! tylko nie wiem do której kategorii - bo może być daniem obiadowy, ale także deserem czy przystawką...

Pizza domowa na orkiszowym spodzie

Dość często robię pizzę w domu i już nie pamiętam kiedy ostatni raz jedliśmy ją na mieście. A to dlatego, że w domu wychodzi dużo taniej przy niewielkim nakładzie pracy a poza tym u nas każdy jada przeważnie z innymi dodatkami, czasami dodaję akurat to czym dysponuję więc tak jest łatwiej. Wczoraj na mojej wylądowała mocno wędzona wiejska kiełbasa, cebula, czerwona papryka, kukurydza i ser. Żarłoczki wolą z szynką i bez papryki, zresztą dodatki mogą być dowolne, takie jakie lubicie. Ciasto z mąki orkiszowej bardzo nam zasmakowało i częściej będę robić pizzę właśnie na takim. 


składniki:
  • CIASTO - ok. 3 szkl. mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 1 - 3 łyżki oliwy
  • 1 łyżka cukru
  • ok. 1 szkl. wod, może trochę więcej
  • 1/2 łyżeczki soli

  • DO OBŁOŻENIA - wędlina w plasterkach: szynka, kiełbasa, salami
  • pokrojona w pół krążki cebula
  • pokrojona w paski papryka świeża
  • kukurydza konserwowa albo okrojone ziarna z obgotowanej kolby
  • starty ser żółty, u mnie Zbójnicki
  • świeże listki tymianku i bazylii
  • sos pomidorowy: przecież pomidorowy doprawiony do smaku solą, cukrem i oregano

sposób przygotowania:
drożdże wkruszyłam do miski, dodałam cukier i połowę ciepłej wody, rozmieszałam i odstawiam na jakieś 10 - 15 min. żeby zaczęły pracować. Następnie dosypałam mąkę, wlałam oliwę i mieszając dolewałam wody tyle żeby móc zagnieść miękkie, elastyczne ciasto. Wyrabiałam je przez chwilę po czym uformowałam kulę, posmarowałam ją oliwą i odstawiłam z misce przykrytej ściereczką aby wyrosło. Czas wyrastania zależy od tego jak ciepło jest w pomieszczeniu, u mnie trwało to ok. 1,5 godziny. Wyrośnięte ciasto zagniotłam lekko, podzieliłam na 3 części i każdą rozpłaszczyłam nadając je kształt koła śr. 25 - 30 cm. Placki ułożyłam na dużych spodach od tortownic posmarowanych lekko oliwą, Odstawiłam pod przykryciem na 15 min. żeby ciasto ponownie podrosło.

Gęsty przecier pomidorowy doprawiłam do smaku, posmarowałam nim obficie placki. Na każdym ułożyłam to co domownicy lubią - dla siebie zrobiłam tak: posmarowany sosem placek posypałam garścią sera, rozłożyłam plasterki kiełbasy, posypałam zeszkloną cebulą, kukurydzą i paseczkami papryki oraz świeżymi listkami tymianku. Na wierzch dodałam jeszcze trochę sera. Zapiekałam ok. 15 min. w piekarniku nagrzanym do 220 st. kładąc blaszkę na samo dno piecyka (elektryczny, grzanie góra/dół, bez termoobiegu). Po upieczeniu posypałam sobie całość jeszcze tymiankiem bo bardzo go lubię.

Przepis dołączam do akcji Viva Italia! chyba do kategorii "primi piatti" albo "secondi piatti" bo u nas to było danie obiadowe :-)

3 Kuchnia+Food Film Fest - O gotowaniu i innych marzeniach

Kolejnym filmem jaki miałam okazję obejrzeć podczas tegorocznego 3 Kuchnia+Food Film Fest był obraz dokumentalny prod. Peru "O gotowaniu i innych marzeniach".


W nastrój smaków Peru wprowadziła widzów rozdawana przy wejściu na salę kinową przekąska - ceviche de pescado. Smak bardzo ciekawy, szczególnie dla osoby takiej jak ja, która nie lubi surowych ryb, ale dzielnie zjadłam :-)

Wiele osób zapytanych o kuchnię narodową tego kraju pewnie nie będzie miało nawet pojęcia co odpowiedzieć bo to u nas nieznany temat. A jak każdy kraj czy region ma ona swoje dania i oryginalne sposoby ich przyrządzania. Warto pamiętać, że Peru jest kolebką dobrze nam znanego ziemniaka bo stamtąd właśnie owa roślina się wywodzi.

Reżyser filmu, Ernesto Cabellos, pokazuje nam tę kuchnię podróżując po różnych miejscach swojego kraju a także odwiedzając Peruwiańczyków mieszkających na całym świecie.  To kuchnia, wbrew pozorom, bardzo różnorodna. Mieszają się w niej smaki zaczerpnięte od rdzennych mieszkańców tego terytorium sięgając Inków, są też wpływy hiszpańskie, afrykańskie i inne. Nic się w niej nie marnuje, wykorzystuje się chyba wszystkie jadalne części zwierząt hodowlanych i ryb a także wiele warzyw. Jedno z bardzo popularnych dań kuchni narodowej Peru to anticuchos czyli szaszłyki z serc wołowych albo wieprzowych. Peruwiańczycy uwielbiają też . . . świnki morskie, które tam są przysmakiem a u nas milutkimi zwierzątkami domowymi.

Z filmu wynika, że Peruwaińczycy są bardzo gościnni i serdecznie, chętnie dzielą się nawet mając bardzo niewiele. Lubią też świętować i biesiadować jeśli jest jakaś okazja. Podczas różnych świąt, szczególnie wielkich procesji religijnych, ulice miast zamieniają się w wielkie pikniki ze straganami i wielkimi grillami - można wśród nich całymi rodzinami spędzać czas i najeść się do syta różnych pyszności. Jedzenie zabiera się też ze sobą odwiedzając groby przodków aby móc świętować i spożyć posiłek tak jakby w ich towarzystwie, w dość radosnej atmosferze. To bardzo ciekawy zwyczaj, tak odmienny od naszych, niezwykle posępnych, obchodów  Święta Zmarłych.  

Na filmie mogliśmy zobaczyć także niezwykłe odmiany kukurydzy o prawie białych a także czerwonych ziarnach, bardzo dużych w porównaniu z tymi jakie znamy u nas - chętnie spróbowałabym jak smakują.  Reżyser rozmawiał także z kilkoma osobami, które próbują poprzez własne restauracje albo choćby wśród swoich przyjaciół innych narodowości propagować tę niezwykle różnorodną i ciekawą kuchnię, bez większego jednak powodzenia. Marzą po cichu, że kiedyś ich dania zdobędą międzynarodowy rozgłos i sławę.  Ale to niełatwe - sami wiemy jak to jest w Polsce -  wszędzie królują fastfoody a z kuchni narodowych jada się dania kuchni francuskiej, włoskiej, meksykańskiej, chińskiej i może jeszcze kilka innych a peruwiańska pozostaje daleko, daleko z tyłu i właściwie nie mamy nawet  pojęcia o jej istnieniu.

Ogólnie obraz bardzo ciekawy i wręcz zachęcający do odwiedzenia Peru praz spróbowania tamtejszych specjałów. Dobrze móc zobaczyć i posłuchać jak żyją ludzie tak daleko od nas. I jak mimo wielu różnic narodowych czy kulturowych to właśnie kuchnia i jedzenie łączy wszystkich.



Widoczne na zdjęciu ceviche de pescado to danie z kawałeczków surowej ryby o białym mięsie, marynowanej w soku z limonki albo ew. cytryny, z dodatkiem soli, ostrej papryczki i czerwonej cebuli. Oczywiście jak to bywa z daniami regionalnymi - w każdym domu przygotowuje się je nieco inaczej.


Zdjęcia pochodzą z materiałów promocyjnych festiwalu.

niedziela, 23 października 2011

Ciasto a'la tiramisu za 100 tysięcy !!!

Dziś dla mnie ważny i bardzo przyjemny dzień. Licznik odwiedzin wyświetlił ładną liczbę - 100 tysięcy. Tyle razy do mnie zaglądaliście, w ciągu ostatnich 4 miesięcy, żeby pooglądać i poczytać co znowu upichciłam. Chciałabym bardzo serdecznie Wam za to podziękować. Cieszę się ze wszystkich odwiedzin, komentarzy i bardzo proszę - zostańcie na dłużej. Mam nadzieję, że nadal będzie kolorowo i smakowicie, i że wszystko będzie pyszne. Pozdrawiam wszystkich bardzo, bardzo gorąco i stawiam pyszne ciacho :-)



Jesienny placek orkiszowo - marchewkowy

To ciasto kojarzy mi się z jesienią. Nie wiem czemu, może lekki zapach cynamonu zwiastuje zbliżające się coraz większymi krokami Święta . . . Może to zasługa jesiennych orzechów i żurawiny albo słodkiej marchwi - zresztą nie ważne bo jest pyszne nie tylko o tej porze roku. Mięciutkie, wilgotne, pachnące . . . A przepis udostępniła mi kiedyś koleżanka Sylwia, której dzieciaki też bardzo je lubią.

I powiem Wam jeszcze, że moje Żarłoczki zeżarły już pół blaszki zanim dobrze wystygło :-) 


składniki:
  • 4 jajka
  • 300 g cukru
  • 300 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 250 g masła albo margaryny, albo 1 szkl. oleju roślinnego
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 - 3 łyżeczki cynamonu
  • 450 g świeżej marchwi
  • 2 łyżeczki soku z cytryny
  • 100 g orzechów włoskich łuskanych
  • 100 g suszonej żurawiny

  • POLEWA: 2 łyżeczki masła albo margaryny
  • 6 łyżeczek cukru
  • 3 łyżeczki kakao naturalnego
  • 6 łyżeczek mleka

sposób przygotowania: odmierzyłam sobie najpierw wszystkie składniki sypkie. Cynamon, proszek i sodę zmieszałam z 2-ma łyżkami mąki. Do bakalii też dodałam jej jakieś 2 łyżki i wymieszałam. Masło stopiłam a marchewkę oczyściłam i starłam na małych oczkach tarki jarzynowej - tak jak ziemniaki na placki, dodałam do niej sok z cytryny.

Jajka wybiłam do miski, ubijałam je z cukrem i solą aż masa była bardzo puszysta i prawie biała. Wtedy mieszając dalej łyżką dodawałam partiami mąkę i płynny tłuszcz a potem marchew, mieszankę proszku z cynamonem i na koniec bakalie. Masę przelałam do formy wyłożonej papierem do pieczenia - u mnie blaszka 25x35 cm. Piekłam ok. 45 min. w piekarniku nagrzanym do 180 st. C. Po ostudzeniu posmarowałam polewą i posypałam cukrem perlistym.

POLEWA: składniki umieścić w rondelku, zagotować mieszając, pogotować jeszcze chwilkę i gotowe.

sobota, 22 października 2011

Klopsiki w sosie paprykowym

Taki zwykły obiad bo jak się lata po festiwalach to na gotowanie czasu i ochoty mniej :-))) Ale bardzo smakował, nawet Żarłoczkowi, który za papryką nie przepada.


składniki:
  • 300 g mięsa mielonego z udźca indyka
  • 1 jajko
  • 6 łyżek mleka
  • 4 czubate łyżki bułki tartej
  • 2 łyżeczki mielonej, słodkiej papryki
  • do smaku: sól, pieprz mielony
  • 2 - 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego 30%
  • 1  łyżeczka mąki pszennej
  • 1/2 szkl. śmietany 18%
  • 1,5 szkl. pokrojonej w drobną kostkę papryki (najlepiej kolorowej)
  • 1 cebula
  • do smażenia: olej

sposób przygotowania: Połowę bułki tartej zmieszałam z mlekiem i dodałam do mięsa, wbiłam też jajko. Doprawiłam solą i 1 łyżeczką papryki mielonej, wyrobiłam masę dokładnie. Uformowałam 6 okrągłych klopsików, lekko je spłaszczyłam i obtoczyłam w reszcie bułki. Smażyłam do zrumienienia na rozgrzanej patelni z niewielką ilością oleju a następnie przykryłam, podlałam odrobiną wody i poddusiłam kilka minut.

Cebulę obrałam, posiekałam. W rondlu rozgrzałam troszkę oleju, zeszkliłam dobrze cebulę, dosypałam resztę papryki mielonej, rozmieszałam w tłuszczu, dosypałam paprykę świeżą i mieszając smażyłam 3 - 4 min. aż papryką zmiękła. Dodałam koncentrat, wlałam 2 - 2,5 szkl. wody i zagotowałam. Śmietanę rozrobiłam z mąką i odrobiną soli, zahartowałam niewielką ilością płynu i dodałam do rondla, zagotowałam, doprawiłam solą i pieprzem. Do powstałego sosu włożyłam klopsiki żeby się zagrzały. Podłam z kaszą gryczaną i surówką.

3 Kuchnia+Food Film Fest - Niezwykła kulinarna wyprawa Mujin

To kolejny film tegorocznego festiwalu, na który udało mi się wybrać. Bardzo byłam ciekawa kim jest Mujin. Film obejrzałam razem z Hanią, właścicielką bloga http://hania-kasia.blogspot.com/. Po seansie Hania poznała mnie z jeszcze jedną blogerką, krokodylem


Mujin Sunim to tak na prawdę Xenia Polunin, osoba różnych narodowości. Urodziła się w Kanadzie, kształciła w Angli, przez lata przebywała w krajach azjatyckich i nie tylko, wiele podróżowała a teraz osiadła w Szwajcarii. Wiele lat temu, będąc na Sri Lance przeszła na buddyzm a potem zamieszkała na jakiś czas w Korei gdzie złożyła też śluby zakonne. Jej imię - Mujin - znaczy "Nieograniczona".


To niezwykła osoba, pełna optymizmu i pozytywnej energii, która promieniuje na wszystkich wokół. Nieco korpulentna pani, w średnim wieku, z ogoloną głową i cała ubrana na szaro - wyróżnia się z tłumu, ale najbardziej bije od niej niesamowita energia i radość życia, cała aż promienieje. Zapytacie pewnie skąd to wiem? Otóż Mujin była gościem festiwalu, oglądała z nami film a po nim mogliśmy z nią porozmawiać.

Film "Niezwykła kulinarna wyprawa Mujin" to wyprawa razem z bohaterką do Korei aby zgłębić tajniki tamtejszej kuchni klasztornej ponieważ Mijun postanowiła podać swoim przyjaciołom w Szwajcarii kolację złożoną właśnie w koreańskich dań. Kuchnia klasztorna jest oczywiście wegetariańska, ale wcale nie uboga. Używa się w niej wielu warzyw, ziół, grzybów, kwiatów i oczywiście ryżu oraz makaronu. Zabroniony jest za to czosnek i cebula ponieważ te uważane są z afrodyzjaki i niewskazane dla mnichów czy mniszek żyjących w celibacie. To co się je, jak i w jakiej kolejności jest bardzo ważną częścią buddyzmu a co za tym idzie życia mnichów.

Większość składników rośnie w przyklasztornych ogrodach i mniszki same je uprawiają a potem przetwarzają na wiele sposobów. Robią nawet czasami swoją własną pizzę na cieście ziemniaczanym obkładając ją serem i kim chi.

Wracając do Mujin - obawiała się bardzo jak Jej znajomi zareagują na dziwne dla europejczyków dania, ale okazało się, że wszystko bardzo smakowało. Podczas przygotowań, w Szwajcarii, było trochę kłopotów ze zdobyciem niektórych oryginalnych składników, ale w sumie wszystkie przeszkody udało się przezwyciężyć i kolacja była bardzo udana.

Na FB, na profilu Kuchnia+, można obejrzeć galerię zdjęć z festiwalu co bardziej spostrzegawczy znajdą mnie chyba na dwóch :D

na zdjęciu Hwajeon - kwiatowe ciasteczka

Zdjęcia 1,3 i 4 pochodzą z materiałów promocyjnych festiwalu

Moje małe pizze z kiełbasą i cebulą

Nie jest to klasyczne ciasto na pizzę bo z dodatkiem masła i żółtka, ale przyznam, że bardzo nam właśnie takie smakuje i wykorzystuję je często do różnych wypieków. Pojawi się pewnie tutaj jeszcze w wielu odsłonach. A miłośników tradycyjnej kuchni włoskiej proszę żeby się nie denerwowali - każdy robi tak jak lubi :-)


składniki:

  • 2 szkl. mąki (szkl. poj. 250 ml)
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 żółtko
  • 1 płaska łyżka zimnego masła
  • 1 łyżka oliwy
  • ok. 3/4 szkl. ciepłej wody

  • 4 - 5 łyżek koncentratu pomidorowego 30%
  • do smaku: sól, cukier, pieprz mielony, oregano
  • 1 cebula,
  • 250 g ostrego żółtego sera, użyłam Zbójnickiego
  • ok. 300 - 500 g kiełbasy czosnkowej


sposób przygotowania:
Ser starłam na tarce o dużych oczkach. Cebule obrałam i pokroiłam w ćwierć plasterki. Kiełbasę pokroiłam na niezbyt cienkie plasterki. Rozgrzałam patelnię, podsmażyłam kiełbasiane krążki do zrumienienia z oby stron, przełożyłam na talerz a na tłuszczyku, który wytopił się z kiełbasy zeszkliłam cebulę. W kubku rozmieszałam koncentrat pomidorowy dodając kilka łyżeczek wody aż nabrał konsystencji gęstego sosu - doprawiłam go do smaku odrobiną cukru, solą, pieprzem i oregano. Drożdże rozkruszyłam, roztarłam je z 1 łyżką cukru i wlałam do nich ciepłą wodę, odstawiłam na 10 min.. Mąkę przesiałam z 1/2 łyżeczki soli, roztarłam ją palcami z zimnym masłem, łyżką oliwy i żółtkiem. Wlałam spienione drożdże, wyrobiłam elastyczne ciasto. Włożyłam je do miski i przykryłam czystą ściereczką, odstawiłam na 30 min. aby podrosło. Następnie wyrobiłam ponownie i odłożyłam na kolejne 30 min.. Podzieliłam je na 5 części - możecie też zrobić jedną czy dwie większe pizze. Każdą część rozwałkowałam na placek. Każdą posmarowałam sosem pomidorowy, ułożyłam krążki kiełbasy przy brzegach a na środku cebulkę, posypałam startym serem. Piekłam na specjalnym kamieniu do wypieku pizzy (ja mam taki f-my Fratelli) ok. 10-15 min. w piekarniku nagrzanym do 220 st.C

piątek, 21 października 2011

Tost na rozpoczęcie 3 Kuchnia+Food Film Fest

Jak już wiecie dostałam zaproszenie na uroczyste otwarcie 3 Kuchnia+Food Film Fest czyli przegląd, festiwal, filmów kulinarnych. Nie trzeba nawet pytać czy skorzystałam bo to chyba oczywiste :-) W programie imprezy był premierowy pokaz filmu "Tost. Historia chłopięcego głodu.", rozmowa z gwiazdą wieczoru czyli autorem bestsellerowej powieści będącej kanwą filmu, Nigelem Slaterem a na koniec bankiet.


Najważniejszy dla mnie był film i przyznam, że jestem nim oczarowana. "Nie można nie kochać kogoś kto robi dla Ciebie tosty. Gdy zęby wgryzają się w przypieczoną skórkę i zatapiają w ciastowatej poduszce białego chleba, ludzkie błędy, nawet te największe, tracą znaczenie i jesteś skłonny wybaczyć matce nawet to, że kazała założyć Ci do szkoły krótkie spodenki" - tak mówi Nigel na początku filmu. I właśnie tosty, tak proste danie, kształtowały gust w pierwszych latach życia jego życia. Książka i film są oparte na wspomnieniach z dzieciństwa autora. Cudowna, kulinarna, autobiograficzna opowieść. Chwilami zabawna a momentami wyciskająca łzy z oczu, taki słodko-gorzki pamiętnik pokazujący Jego wielką miłość do jedzenia, którą wykazywał już będąc małym chłopcem.

Nie będę opowiadać szczegółów bo nie chcę nikomu psuć zabawy, ale polecam szczerze ten obraz a spędzicie przed ekranem miłe chwile. Na podkreślenie zasługują świetne role Heleny Bonham-Carter i Freddiego Higmore'a.



Osobom z Warszawy podpowiem, że dzisiaj, w piątek 21 października o godzinie 16:00 w Empiku przy ulicy Marszałkowskiej 116/122 w Warszawie Nigel Slater będzie podpisywał swoje książki. Tam też oczywiście można je nabyć. Moja już opatrzona autografem :-)

Po projekcji była chwila aby porozmawiać z Nigelem, który na co dzień jest krytykiem, autorem kilku książek kulinarnych, twórcą popularnego programu "Proste dania". Mieszka w Londynie i pisze felietony do Observera. Brytyjskie media mówią o nim, że jest skarbem narodowym. Mnie zapadnie w pamięci jako bardzo miły, ciepły człowiek. Skromny i uroczy. Opowiadał, że najbardziej lubi kuchnię domową a ważniejsze dla niego od tego co się je jest to z kim się je i nie sposób się z Nim nie zgodzić. 


na zdjęciu Nigel Slater i młodziutki aktor grający go w filmie.

Na takie imprezy zapraszana jest śmietanka kulinarnego świata czyli krytycy, szefowie kuchni, autorzy kulinarnych książek, dziennikarze i różne osoby, które z kulinariami mają coś wspólnego więc znanych twarzy było sporo - m.in. Marta Gesler, Robert Sowa, Hanna Szymanderska,, Grzegorz Łapanowski, Piotr i Barbara Adamczewscy, Gosia Molska, Jola Słoma i Mirek Trymbulak, Malka Kafka, Joseph 'Józek' Seeletso i wielu innych - nie będę już wymieniać  więcej bo wszystkich nie spamiętałam, wielu, niestety, nie znam i jeśli kogoś pominęłam to przepraszam bardzo. 

Wieczór uwieńczył bankiet w przylegającej do kina "Kultura" restauracji. Były tosty, które każdy mógł opiec sobie sam. Była tarta cytrynowa - bardzo ważna pozycja filmu. Były sałatki, pieczone mięsa i ryby oraz wszelakie smakowitości, na które towarzystwo rzuciła się tak zachłannie, że w długiej kolejce trzeba było czekać żeby w ogóle na coś się załapać. Popijając cienkie winko rozmawiałam w Marcinem z Durszlaka i spóźnioną nieco Kasią Prezydentową, którą wreszcie miałam przyjemność poznać.

Spędziłam bardzo, bardzo miły wieczór a dzisiaj wybieram się na kolejne pokazy filmowe :-)


Zdjęcia 1 i 3 pochodzą z materiałów promocyjnych Festiwalu.

Małe a cieszy :-)

Paula, właścicielka bloga Just My Delicious robiła niedawno u siebie szybki konkurs, w którym do wygrania był pojemnik ceramiczny firmy Neoflam. Spodobał się mój pomysł żeby w takim właśnie naczyniu przechowywać przygotowaną wcześniej sałatkę z serem wędzonym i kaszą

A pojemnik poj. 950 ml ze szczelną pokrywą już jest u mnie i cieszy bardzo. Śliczne naczynie :) Dziękuję


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...